Jacek Kwiatkowski

 

GROŹNE  PROMIENIE

TOM 2 autobiografia

 

Rozdział 1

 

     Rok 1969.  Sąd cywilny – Szczecin.

 

     Za czarnym stołem siedziało trzech przeciwników. Sędzia o nieodgadnionym spojrzeniu, po bokach miał dwóch pomocników – ławników sądowych. Z oczu ławników wyzierała otwarta ciekawość. Sędzia pilnował się, aby mieć twarz nieodgadnioną.

 

     Zadanie miałem niełatwe. Chciałem obalić system złego traktowania robotników. Musiałem zmienić wrogie nastawienie sędziów do skrzywdzonych robotników, urzędników, wszelkich pracujących, którzy chcieli odszkodowań za wypadki, jakich doznali w czasie pracy. Sędziowie bali się stawać po stronie skrzywdzonych. Gdyby im zarzucono, że stoją po stronie żądających odszkodowań, przestaliby awansować, dostawać nagrody i premie. Ten lęk ich obezwładniał, odbierał odwagę.

   

      Wiedziałem o tym.  Pisane prawo było na bakier z prawem zwyczajowym.  W szczecińskim procesie, jaki wytoczyłem w takiej właśnie sprawie, sędzia nie chciał się poddać, ławnicy w prawie się nie orientowali. Byli tylko milcząca asystą, dla wzmacniania prestiżu sędziego.

 

     Mój przeciwnik, sędzia, wieku był średniego. Siedział z ławnikami za podłużnym czarnym stołem, na jego piersi wisiał złocony łańcuch, twarz, maska nieruchoma, pochylała się lekko nad rozłożonymi aktami. Wszyscy trzej milcząc, wyglądali jak zespół, któremu zabieram niepotrzebnie czas, bo i tak nic nie uda się zmienić.

 

     Grałem o dużą stawkę. Robotnicy w Polsce nie skarżyli się w sądach. Nie było takiej praktyki. Mogli udać się do redakcji gazet i tam się poskarżyć, mogli pójść do komitetu partyjnego i złożyć skargę dyżurującemu sekretarzowi. Gdy była to niezbyt ważna sprawa, brak roboczych rękawic, sprawę szybko załatwiano. Ale gdy skarżący chciał dokonać zmian w rytuale, żądał odszkodowania za wypadek przy pracy, wtedy wszyscy, dosłownie wszyscy, i w aparacie partyjnym, i w redakcjach, i w prokuraturach a także w sądach, wtedy wszystkie tam oczy stawały się nieobecne, mówiły: nie zabieraj nam czasu! Nic tu po tobie.  Odczep się.

 

     Był wówczas w Szczecinie odważny dziennikarz, nazywał się Henryk Prawda. Napisał w Głosie Szczecińskim o robotnikach, że w stoczni nie dostali na czas roboczych rękawic. Za opublikowany artykuł rozhulały się telefony, dziennikarz miał być zwolniony z pracy, szeroko o tym plotkowano, nie dziwmy się sędziom, że byli nieprzyzwyczajeni do żądań odszkodowańa, srożyli się wewnętrznie i kombinowali, jakby wyjść z tej operacji bez szwanku dla siebie.  

 

     A ja teraz, w Sądzie Wojewódzkim w Szczecinie, prowadziłem sprawę… Ale jaką… Sprawę rozdętą do granic wytrzymałości sędziów. Wiedziałem, że będę przez sąd zbywany jak inni poszkodowani, dlatego pozwałem do sądu aż jedenaście osób z wielu instytucji, same ważne osoby, dyrektorów, naczelników. Był tam dyrektor Polskiej Żeglugi Morskiej, był dyrektor Stacji Sanitarno-epidemiologicznej, byli inni, którym postawiłem zarzut opieszałości w załatwianiu mojej sprawy, napromieniowanego w czasie pracy marynarza, naruszyli moją godność. 

 

     Miałem głęboko w sobie spychane wyrzuty sumienia. Wszystkie osoby przeze mnie pozwane miały nie tylko nieposzlakowaną opinię, ale także cieszyły się powszechnym szacunkiem. Najbardziej bolała mnie świadomość, że za życzliwość, jaką mi okazywali w przedsiębiorstwie dyrektor naczelny i kierownik działu BiHP, ja tworzyłem z nich przeciwników.

 

     Wreszcie sędzia oderwał wzrok od leżących przed nim papierów i spojrzał na mnie ostro, jakby chciał mnie zasztyletować.  Miałem na prawdę groźnego przeciwnika. Mógłby mnie prosto z sali sądowej wsadzić do aresztu, ale musiałbym mu dać choćby drobną szansę, jakiś najcieńszy atut. Na przykład, gdybym podniósł głos, albo wykonał gest, który w oczach sędziego byłby wybrykiem. Patrzył na mnie bacznie i obserwował czujnie jak lampart polujący na kozła w Afryce, i czekał.

 

     A ja zachowywałem się jak ten zalękniony, zahipnotyzowany kozioł, nieruchomy w ruchach, stałem pokornie i zdawałem się cierpliwie czekać na pożarcie przez sędziego lamparta.  

 

     - Wysoki Sądzie, przerwałem ciszę. -  Domagam się przeprowadzenia komisji powypadkowej, a tę nie powołuje się, przez co doznaję uszczerbku…

 

     - Nie udzieliłem panu głosu – przerwał sędzia nie podnosząc wzroku.  Przydzielam panu obrońcę z urzędu. Zamknął posiedzenie, zabrał ze stołu papiery, podniósł się, ławnicy jak automaty podnieśli się także, aby opuścić salę. Musiałem wyjść. „Przydzielam obrońcę z urzędu!” A więc w taki sposób sędzia chce mnie zwalczyć, odebrać mi głos. Co powie obrońca z urzędu? Obrońca z urzędu powie to, co po cichu podpowie mu sędzia. 

 

     Sąd Wojewódzki był na ulicy Narutowicza. Moje mieszkanie było niedaleko, na ulicy 3 Maja, na czwartym piętrze. Tam był mój sekretariat. Przeróżne dokumenty, a wśród nich książka księdza Włodzimierza Sedlaka, profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Otwierał oczy na budowę człowieka, ujmując, że człowiek jest „Homo electronicus”. Wyrażał się, że jestem jak inni, człowiekiem elektrycznym, składający się z atomów, elektronów etc, i podatnym przez to na pola elektromagnetyczne. 

 

    To, że jestem składnicą elektronów, protonów itd. przekonałem się niebawem.

 

     Po silnym napromieniowaniu mikrofalowym występują u napromieniowanego człowieka echa. Dziwne echa. Echa wracające jak głos z dalekiej odległości odbite ze ścian lasu, albo wewnątrz pieczar, echa po napromieniowaniu silnie alergiczne. Kontakt z polem elektromagnetycznym wywołuje reakcje, bardzo ciekawe dla mnie, jako obserwatora tego zjawiska, ale reakcje dla mnie przykre osobiście. Musiałem przed nimi się zabezpieczyć, albo je złagodzić.

 

Rozdział 2

 

    Zbudowano w Szczecinie, przy ulicy Malczewskiego, nowy Dom Marynarza. Wybudowany ze składek marynarzy, wielopiętrowy gmach z dużym hotelem, każdy pokój miał łazienkę. Rozlokował się w nim Morski Ośrodek Metodyczno Informacyjny w skrócie zwany MOMI. Kilkunastu instruktorów zajmowało się kulturą, organizowali konkursy dla marynarzy, przyznawali nagrody za prace plastyczne. Marynarze w czasie rejsu czytali, malowali obrazy, tkali dywaniki, robili dzieła sztuki z lin okrętowych, oglądali filmy wyświetlane na projektorze filmowym. Książki i filmy dostarczano na statek, gdy zawinął do portu, albo nawet przesyłano innym statkiem.  MOMI było czymś znacznym dla marynarzy.

 

     W MOMI zacząłem pracować, czekając na przyznanie okresowej renty, aby później wrócić do pracy na morzu.

 

     Któregoś dnia do MOMI przyszedł porozmawiać ze mną przedstawiciel konsulatu rosyjskiego, prawdopodobnie dostał zlecenie zasięgania opinii u ludzi niezależnie myślących, niekryjących się ze swoim zdaniem. Po kilku ogólnych wstępach, zapytał mnie o Mieczysława Moczara. Moczar był w czasie wojny rozsławionym partyzantem, później miał różne funkcje, stworzył organizację ZBOWID, Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, w której w przeważającej ilości byli dawni partyzanci.

 

     Przybyły zapytał mnie wprost: - co sądzę o wybraniu Moczara na pierwszego sekretarza Partii PZPR, a więc człowieka spełniającego rolę prezydenta Polski.

 

     Odpowiedziałem, że Moczar był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, tam torturowali byłych członków Armii Krajowej, Moczar nie ma u ludzi dobrej opinii.

 

     Przybyły podziękował mi i sobie poszedł, a ja zacząłem myśleć, skąd ten człowiek o mnie się dowiedział. Być może kierownictwo MOMI wskazało na mnie, że mogę udzielić niezależnej opinii.

*  *  *

     Ciekawe przypadki zaczęły mnie spotykać. Po napromieniowaniu radarem zaszły u mnie zmiany w sferze fizycznej. Zacząłem się łatwo elektryzować. Nocami nie mogłem zasnąć, zanikało mi tętno, i musiałem czekać aż do czwartej rano, czekać do wschodu słońca, kiedy jego światło, jego energia zaczynało docierać na ziemię. Wówczas odżywałem jak roślina ożywiona promieniem słońca, powracało mi tętno w żyłach i mogłem spokojnie zasnąć.

 

     Na noc nie zamykałem drzwi. Spodziewałem się, że gdy moje tętno zniknie, gdy umrę, to złodziej zobaczy mnie nieruchomego. Okradnie mieszkanie, zostawi szeroko otwarte drzwi, sąsiedzi znajdą mnie i przekażą gdzie trzeba. Na cmentarz!

 

     I wtedy zaczęły do mojego mieszkania przychodzić starsze panie. Pojedynczo.  Ja siadywałem na tapczanie, panie na fotelu, i opowiadały swoje życie cicho, jak cicho płynie przez płaską łąkę niewielki strumyk.

 

     Każda mówiła to samo zgaszonym głosem. Miała mieszkanie, przepisała na córkę, syna, wnuczka. Gdy wnuczek był mały, babcia była potrzebna, gdy wnuczek zaczął dorastać, w mieszkaniu stawało sie ciasno, babcia wędrowała za drzwi, nie wpuszczano jej do wnętrza, nocowała na schodach.

 

    Opowiadały, że kilka babć z głodu umarło niedaleko swego mieszkania. 

 

   Morał z tego wynikał taki, aby mieszkania nie przepisywać na rodzinę. Żyć po amerykańsku.

 

     Mógłbym o tym mówić przychodzącym do mnie starszym babciom, ale były tak przybite swoim rozczarowaniem, żadne słuszne słowa do nich nie mogły już dotrzeć. Kiwały potakująco głowami, wypijały herbatę, czasem coś zjadły, wychodziły dalej prząść swoją tułaczą wędrówkę po różnych klatkach schodowych, szukając datku pieniężnego, aby przedłużyć życie, chociaż o kilka dni.

 

Rozdział 3

 

     Sędzia chciał mnie pokonać, a ja się mu się nie poddawałem Przydzielił mi adwokata z urzędu, adwokat zamiast mnie reprezentować, przedstawiać korzystne dla mnie fakty, stwarzał o mnie opinię chuligana szkalującego wszystkich. Miał w tym rację, ale pomijał moją rację poszkodowanego, który chce powołania komisji powypadkowej. 

 

     Gdy na kolejnej rozprawie sędzia nie pozwolił mi się odezwać, gdy udzielał głosu tylko stronniczemu obrońcy z urzędu, złożyłem do protokołu rozprawy wniosek o cofnięcie pełnomocnictwa dla obrońcy, a potem wyłączenie sędziego.

 

     Na korytarzach sądu kłębiły się gromadki ludzi. Czekali przed salami posiedzeń na swoje rozprawy. Po wielu tygodniach, widząc mnie często przechodzącego korytarzami sądu, niektórzy zaczęli mi się z szacunkiem kłaniać, myśląc, że jestem pracownikiem sądu, albo adwokatem.

 

     Walka w gmachu sądu wojewódzkiego trwała wiele miesięcy, w międzyczasie doszło też do rozprawy w sądzie pracy.

 

     Tam też odczułem, aby moją sprawę w sądzie pracy odrzucić. Starszy już sędzia, Nęcki, chociaż przychylnie mnie posadził po drugiej stronie swojego biurka, patrzył na mnie nieufnie. Czułem, że wolałby odrzucić moje żądanie odszkodowania za wypadek przy pracy. Wcale mnie to nie zdziwiło, sędzia mi po prostu nie wierzył.

 

          Już niedaleko miał do emerytury. Nie widział przed sobą awansów i nagród. Twarz miał rozluźnioną, oczy spokojne, nie przerywał mi, gdy tłumaczyłem o promieniowaniu radaru okrętowego. Początkowa niewiara zaczęła w nim słabnąć.

 

     - Utrzymuje pan, że promienie radaru mogą szkodzić człowiekowi? Byłoby to powszechnie znane. 

 

     - Nie mogą być znane, jeżeli informacje są utajniane, - odpowiedziałem. – Proszę zrozumieć, że wojsko na całym świecie używa promieniowania radarowego, promieniowania mikrofalowego dla celów zbrojeniowych. Ujawnienie szkodliwości tegoż promieniowania wzbudziłoby nie tylko protesty w wielu krajach, ale także zaczęto by żądać przeprowadzenia szczegółowych badań przez cywilne ośrodki naukowe. A do tego przemysł zbrojeniowy, a także generałowie wojskowi, nie chcą dopuścić.

 

     Sędzia zadumał się i spojrzał na mnie inaczej. Nieufność i niewiara spłynęły z niego jak woda z lodowca. Uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem, zaczęliśmy rozmawiać jak równy z równym. 

 

     - Proszę zrozumieć, - spojrzał mi otwarcie w oczy - nie można w pańskim przypadku uznać wypadku przy pracy, a także choroby zawodowej związanej z promieniowaniem radaru, gdyż nie ma takich przepisów. Jest napromieniowanie rentgenowskie, a mikrofal w wykazie przyczyn jeszcze nie ma.

 

     Wychylił się nad blatem biurka w moją stronę, jakby chciał, abym lepiej go słyszał i rozumiał.

 

     - Miałem stosunkowo niedawno podobnie trudną sprawę. Młoda kobieta pracowała w laboratorium przy antybiotykach. U niej też wystąpiła alergia, nadwrażliwość tak niezwykła, że nikt jej nie dawał wiary.

 

     - Niech pan sobie wyobrazi, przy kontakcie z antybiotykiem puchła, robiła się gruba. I nikt jej nie chciał wierzyć. Przeprowadzone badania wykazały, że puchnie, gdy na jej dłoń nalano czy nałożono antybiotyk, ale także odczuwała alergicznie obecność człowieka, który pobrał antybiotyk w zastrzyku. Była to najtrudniejsza sprawa, jaką miałem – westchnął. - Jej sprawę udało się doprowadzić do końca, otrzymała rentę zawodową.

 

     Sędzia Nęcki był przyzwoitym człowiekiem. Starał się pomóc, ale to była sprawa dużo trudniejsza. Wymagała jeszcze wielu zabiegów.

 

     Wpierw musiałem załatwić sprawę czarów. Miałem dżu-dżu, podarowane przez afrykańskiego przyjaciela. Dżu-dżu to określenie związane z czarami w Afryce. Coś, co przynosi szczęście, a w Europie zwane jest talizmanem. Otrzymałem w porcie afrykańskim małą tykwę, wewnątrz były czarne kryształki. Czarnoskóry przyjaciel, który dawał mi ją w darze powiedział: - gdy wetrzesz w dłoń kilka kryształków wraz z kroplami perfum, tą dłonią uściśniesz dłoń innej osoby, będzie twoim przyjacielem. Gdy uściśniesz dłoń kobiety, będzie twoim wielkim przyjacielem, choćby cię przedtem nie lubiła, będzie twoim wielkim przyjacielem.

 

     Przed dwoma miesiącami tak uzbrojoną dłonią uścisnąłem rękę młodej kobiety i wtedy zaczęła się przygoda. Mało dawałem wiary działaniu amuletów. Przypływając na statkach do portów zachodniej Afryki, słyszałem o przeróżnych wierzeniach w talizmany. Starałem się odkryć zasadę ich działania i skuteczność.

 

     Jednym z talizmanów była noszona przez niektórych Afrykańczyków przepaska powyżej łokcia, „Finda-fonda-fe”. Był to talizman bardzo drogi, wewnątrz miał COŚ, co chroniło właściciela przed ugodzeniem nożem.  Noszenie tego talizmanu było bardzo przydatne. Właściciel nie obawiał się noża, nie obawiał się kalectwa lub śmierci.

 

     Zastanawiałem się nad tym zjawiskiem - DLACZEGO?  Dlaczego utrzymuje się tak silna wiara w działanie tego talizmanu? Na skutek przemyśleń doszedłem do prostego wniosku, że działanie i wiara w talizman „Finda-fonda-fe” polega na oddziaływaniu talizmanu na układ nerwowy człowieka. Bliski kontakt ze skórą noszącego talizman, wpływa na działanie jego układu nerwowego.

 

     Układ nerwowy noszącego „Finda-fonda-fe” wysyła silne sygnały telepatyczne, które powstrzymują nożownika przed użyciem narzędzia zbrodni. Gdyby noszący talizman został ugodzony nożem, został zraniony lub zamordowany, wtedy mit przestałby istnieć. Jednak powszechne przekonanie o sile tego talizmanu nadal trwa, wiecznie, niepodważalnie i zwycięsko.

 

     Teraz w Szczecinie mogłem zobaczyć niezwykłą skuteczność mojego dżu-dżu.  Uścisk mojej dłoni, która posmarowałem dżu-dżu zadziałał na kobietę, moją przyszłą żonę.  Była wesołą blondynką,  miała wielu adoratorów przystojniejszych, atrakcyjniejszych, a przede wszystkim zdrowszych ode mnie, człowieka napromieniowanego. Jednak siła afrykańskiego talizmanu  była tak wielka, że zwyciężył wszystkich. Musiała wybrać mnie.        

 

     Codziennie jedliśmy obiad w stołówce Domu Marynarza. Po obiedzie wychodziliśmy na ulicę. Tam zostawiała mnie samego i szła na jakieś spotkanie. Odchodząc, co kilkadziesiąt kroków oglądała się wstecz, jakby tajemnicza siła nie pozwalała jej oderwać się od mojej osoby, zanikała mi w oddali horyzontu ulicy, widziałem jak ciągle się za mną ogląda, póki nie znikła zupełnie z moich oczu. 

 

     Wówczas udawałem się do swego mieszkania, aby pracować nad socjologicznymi wzorami związanymi z konfliktami społecznymi.

 

     Przekształcane wzory matematyczno-socjologiczne dały wynik:  t x d = 1   t – czas    d – dystans między grupami konfliktu,  cyfra 1 jako stały constans.

 

     Wzór ujawnił zależność dystansu między jednostkami albo grupami społecznymi konfliktu od czasu trwania konfliktu. Tego odkrycia nie ujawniałem, ale pracowałem nad nim nadal, mając na uwadze ważność wzoru i przydatność dla pokoju.

 

     Pracowałem godzinami, całymi nocami. Pewnego późnego dnia, niedaleko przed północą, mieszkanie jak zwykle było zamknięte tylko na klamkę, poczułem, że nie jestem sam. Nikt do mieszkania nie wszedł. Podłoga nie skrzypnęła. Żadnych odgłosów wejścia kogokolwiek nie usłyszałem, ale odczułem, tak jak niewidomy odczuwa obecność ludzi, że nie jestem sam, że ktoś jest w pobliżu.

 

     Na biurku przede mną leżały białe kartki zapisane cyframi, za sobą odczułem obecność osoby. Nie warto było się oglądać za siebie, wiedziałem, że nikogo nie zobaczę. Tej osoby widzieć nie było można. Ale ją czułem. Pochyliła się nade mną z lewej strony, nad moim lewym ramieniem, aby zobaczyć, co piszę. Żeby jej to ułatwić, odchyliłem się w prawo, aby odsłonić zapisane kartki. Próbowałem wtedy połączyć mój wzór ze wzorem Einsteina:                  E = mc2

 

     Nie zląkłem się niewidzialnej wizyty. Stale liczyłem się z własną śmiercią w czasie snu, nie zamykałem mieszkania, cóż w obliczu stałego zagrożenia śmiercią mogłoby mnie przestraszyć? Przestraszenie mnie było niemożliwe. Niemożliwe całkowicie i zupełnie.

 

     Na pogodzenie się ze śmiercią mogła też wpłynąć moja zwiększona religijność. Przedtem, będąc marynarzem, byłem religijny jak inni marynarze. Obcując z morskim żywiołem, stykając się ze śmiercią ludzi pracujących w zwiększonym ryzyku, nie spotkałem nikogo, kto by powiedział: Boga nie ma! Takiej osoby nie spotkałem. 

 

     Mieszkałem w centrum Szczecina w pobliżu dwóch kościołów: j Jeden z nich, Kościół Garnizonowy, był z wojskowymi kapelanami. Do tego kościoła lubiłem chodzić. Mając napromieniowany organizm, nadmiernie wrażliwy na bodźce mechaniczne, stałem się nadwrażliwy także nadzmysłowo. Czułem płynące wewnątrz budynku kościoła wibracje, odczuwałem uniesienia tłumu, odczuwałem siłę wiary. 

 

     Jestem przekonany, że wiara pozwala przetrwać, napełnia ufnością. Człowiek wiary odważniej sięga w przyszłość, widzi cele przed sobą, ma lepsze oparcie niż człowiek, który na wszystko mówi – to i tak nic nie da. To i tak się nie uda. 

 

     Tak jak ocenia szklankę wypełnioną w połowie wodą. Wierzący optymista mówi, że szklanka do połowy jest pełna, niewierzący pesymista odpowiada, że jest w połowie pusta.

 

     Wierząc w pełną szklankę wyczytałem w Głosie Szczecińskim informację, że jest organizowany kurs dziennikarski. Prowadzić go miał Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu dla członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Niestety, nie byłem członkiem partii, byłem bezpartyjny, ale postanowiłem na kurs dziennikarski się dostać.

 

     WUML siedzibę miał przy placu Orła Białego. Na pierwszym piętrze w sekretariacie złożyłem podanie o przyjęcie, a po tygodniu miała zostać wywieszona kartka z nazwiskami przyjętych kursantów. Mojego nazwiska nie było. W sekretariacie powiedziano mi, że ktoś moje podanie zabrał. Hm... Nieładnie.

 

     Zapukałem do drzwi dyrektorki WUML-u. Miła starsza pani, starannie uczesana, podała mi rękę: – czym mogę panu służyć? Proszę usiąść.

 

     Usiadłem. Patrząc jej w oczy powiedziałem:

 

     - Chciałem być studentem kursu dziennikarskiego. Napisałem podanie. Nie jestem członkiem partii PZPR, ale bardzo z tego kursu chciałem się nauczyć. Pomogłoby mi w przyszłości w pisaniu do gazet. A moje podanie ktoś wycofał.

 

     Dyrektorka wstała zza biurka, weszła do sekretariatu. Wróciła po chwili i powiedziała, co mnie ucieszyło:

 

     - Rzeczywiście, ktoś zabrał pańskie podanie. Nie przyjęłabym pana na studium dziennikarskie, gdyż jest pan bezpartyjny, kurs ma być tylko dla członków PZPR, lecz pana podanie ktoś wycofał, zabrał. W mojej karierze dyrektorki WUML-u zdarzyło się to pierwszy raz. Dlatego pana przyjmę!

 

     Tak zostałem słuchaczem studium dziennikarskiego.

 

     To była mądra inicjatywa. W latach 70-tych zamierzano w dużych przedsiębiorstwach wprowadzić komórki socjologiczne, żeby lepiej poznać pracę urzędników i robotników, ulepszać warunki pracy i uzyskać lżejszą, wydajniejszą pracę. Na wzór amerykański w USA.

 

     Podobnie planowano wprowadzenie w dużych przedsiębiorstwach gazetek, biuletynów zakładowych. Do tego potrzebni byli dziennikarze, tych wyszkolić miał WUML. Były to mądre inicjatywy.

 

     Na wykładach WUML-u, chociaż miał nazwę związaną z Marksem i Leninem, nie słyszało się o marksizmie i leninizmie, nic z polityki nie było. Wykładowcy przyjeżdżali z Warszawy, czasem przylatywali samolotem. Były wśród nich znaczące postacie dziennikarstwa. Wykładał Kazimierz Kąkol, redaktor naczelny „Prawa i Życia”, wykładali profesorowie z warszawskiego uniwersytetu. Lokalnym wykładowcą był naczelny redaktor Głosu Szczecińskiego, Stefan Janusiewicz. Zaczepił mnie i przypomniał, że Głos wydrukował mój krótki reportaż, który wysłałem z radiostacji statku Metalowiec, o katastrofie promu Iraklion na wodach greckich, gdzie utonęło kilkaset osób.

 

     To był bardzo trudny dla mnie kurs. Uczciwie uczył rzemiosła dziennikarskiego. Musiałem dużo notować. Mój napromieniowany organizm przeszkadzał mi. Pisząc notatki, widziałem zamazane kartki, wtedy sięgałem lewą ręką za siebie i mocno tarłem paciorki kręgosłupa. Poprawiało mi widzenie na krótko, ale wzbudzało popłoch obok siedzącego kursanta. Podejrzewał, że gryzą mnie pchły, a może wszy. Gwałtownie odsuwał się ode mnie na bezpieczny dystans. Był przysięgłym tłumaczem języka łotewskiego, lękał się, że moje insekty przejdą na niego a potem na jego klientów.

 

     Ale wpadłem na pomysł.  Żeby zamykać jedno oko a drugim patrzyć na papier. Już nie musiałem masować kręgosłupa, aby  poprawiać krążenie krwi. Mogłem swobodnie słuchać wykładu i notować w zeszycie. Patrząc jednym okiem dokładnie widziałem to, co notowałem. Litery były czytelne i wyraźne.

 

     Kurs był wielomiesięczny, ukończony dyplomem. Zaraz wziąłem dyplom pod pachę i podążyłem śpiesznie do Wojewódzkiego Komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Usiadłem dumny przed dyżurnym sekretarzem, pokazałem dyplom i odezwałem się z nadzieją, że będę potraktowany jak upragniony partner: będę mógł teraz krytykować, co tylko uchwycę do naprawy.

 

     Siedzący za biurkiem tyłem do okna, przez co słabo go widziałem, gwałtownie się poruszył. Niepodnoszącym głosem, bardzo wyrównanym, odezwał się do mnie: niech pan tego nie robi. Proszę być rozważnym.

 

     Podziękowałem dyżurnemu sekretarzowi za radę. Pożegnałem go grzecznie. Odłożyłem krytykowanie na bardziej sprzyjający czas.

 

Rozdział 4

 

     Gazetą, której artykuły czytano z dużym zainteresowaniem, był tygodnik Polityka. Napisałem do Polityki list, opisujący trudności w uzyskaniu orzeczenia komisji wypadkowej. Po kilku tygodniach zapowiedziała się z przyjazdem do Szczecina dziennikarka Hanna Krall.

 

     Już nie mieszkałem sam, wesoła blondynka odrzuciła adoratorów, pobraliśmy się, w czym według mnie, odniósł duży wpływ tajemniczy afrykański dżu-dżu.

 

    Dziennikarka Polityki Hanna Krall, drobna, błyskotliwa brunetka, zjadła u nas obiad i opowiedziała ciekawą historię ze swojej praktyki. Gdy robiła reportaż w ośrodku naukowym radzieckiej fizyki, w Dubnej, zobaczyła młodych naukowców, jak zabawiali się kładzeniem rąk nad drewnianym stolikiem, potem podnosili dłonie w górę, a stolik unosił się w górę za ich dłońmi, lewitował.

 

     Krall napisała o mnie artykuł. Opisała perypetie z brakiem komisji, napisała o mojej pracy socjologicznej, wspomniała o Matematycznej Teorii Konfliktu, ujawniła wzór, zakończyła, że będę w przyszłości pucybutem.

 

     Artykuł niewiele pomógł, sprawa była trudna, brak było przepisu w ustawie o wypadkach lub chorobie zawodowej związanej z napromieniowaniem energią radaru.

 

     Pojechałem do Ministerstwa Zdrowia popytać o zmiany w przepisach. Czekając w pokoju obok gabinetu ministra, zacząłem rozmowę z lekarzem, który też miał sprawę do załatwienia.

 

     Lekarz ujawnił, że przenoszą go karnie za jakąś niesubordynację, oraz opowiedział o studentach, którzy agresywnie żądali zwrócenia uwagi na ochronę zdrowia i ochronę środowiska. Za tę agresywność zostali usunięci z uczelni.

 

       Urzędujący w gabinecie ministra odesłali mnie do wydziału zajmującego się chorobami zawodowymi. Byłem przyjaźnie i współczująco przyjęty, czym chwycili mnie za serce. Zapytali mnie wprost: - czy pan chce jak najszybciej dostać odszkodowanie? Pomożemy panu go szybko uzyskać. Ale może pan też zaczekać na przepis, nad którym pracujemy, a to przedłuży pana sprawę o kilka a nawet kilkanaście miesięcy… Co pan wybiera?

 

     Pomyślałem: - gdy szybko dostanę odszkodowanie, mogą inni poszkodowani nic nie dostać. Lepiej poczekam. Czekając, będę mógł więcej zdziałać dla innych.

 

     - Odpowiedziałem: - poczekam na przepis.

 

     Nie wzięli mi tego za złe, chyba mieliśmy wspólne fale telepatyczne. Oni też myśleli o sprawach polskich.

 

      Poszedłem do redakcji Polityki. Hanna Krall poczęstowała mnie kawą, obok niej siedziała Wanda Falkowska, pisząca artykuły związane z prawem.

 

     Mój słuch był niezmiernie wyczulony. Była to nadsłyszalność.  Dźwięki słyszałem tak wzmocnione, że często musiałem w uszach nosić watę. Dziennikarki rozmawiały cicho i sekretnie. Siedziałem od nich odległy kilka metrów. Chociaż cicho szeptały do siebie, słyszałem dobrze.  Zaciekawiło mnie wyznanie Falkowskiej: -„On tej sprawy nie wygra”.

 

     Widocznie moje sądowe utarczki były w redakcji Polityki omawiane. Będąc już wewnątrz redakcji Polityki, zacząłem w innych pokojach pytać, czemu artykuły redakcyjne w Polityce są odważniejsze od artykułów innych redakcji. Dlaczego nie obawiają się konsekwencji? Przecież często wywlekają na wierzch sprawy, które są starannie chowane pod dywan przez utytułowane osoby.

 

     - Nam pomaga generał – dowiedziałem się. Lecz nazwiska nie chciano mi ujawnić, ale mógł to być tylko generał Wojciech Jaruzelski, wtedy szef wydziału politycznego w głównym sztabie Wojska Polskiego.

 

     W szczecińskim sądzie nie mogli mnie pokonać. Kilka razy odwoływałem przymusowych adwokatów z urzędu, wnosiłem o zmianę sędziów, aż doszło do sytuacji, że Sąd Wojewódzki oddalił mój pozew, a ja odwołałem się do Sądu Najwyższego w Warszawie. Rozprawy miały być wiele miesięcy później.

 

Rozdział 5

 

     Któregoś dnia zaczęły pojawiać się w prasie, radiu i TV, ostre wypowiedzi przeciwko Niemcom Zachodnim.   Między Polską a Niemcami miał być zawarty układ pokojowy, niemiecka izba niższa Bundestag układ podpisała, nie chciała go zaaprobować izba wyższa - Bundesrat.

 

     Franz Josef Strauss, premier Bawarii oraz związani z nim ludzie i organizacje, sprzeciwiali się podpisaniu układu i wywierali ogromny wpływ na prasę, radio i TV na obszarze całych Niemiec Zachodnich.    

 

     Przekonywali, że Polacy i Niemcy nigdy nie będą przyjaciółmi.

 

     W tej sprawie nie mogłem być obojętny. Bezwzględnie musiałem się w to włączyć. Gdy nie podpisze się tego układu, zniszczy się wysiłki pokojowe wielu ludzi, przybliży się trzecia wojna światowa. Z tym nie mogłem się pogodzić.

 

     Zastanawiałem się, co w tej sprawie mogę zdziałać. Może napiszę list otwarty do Niemców? Może w Instytucie Spraw Międzynarodowych w Warszawie mi w tym pomogą?

 

     Jak najszybciej kupiłem bilet kolejowy w Szczecinie i wsiadłem do pociągu do Warszawy.  W Instytucie komuś - nie mogę zdradzać tej osoby - przedstawiłem koncepcję listu otwartego do przeciwników układu pokojowego w Niemczech Zachodnich.  Głównie sprzeciwia się Minister Bawarii Strauss.

 

     - To będzie apel – mówiłem z przekonaniem - o konieczności budowania w Niemczech i Polsce pokoju dla nas i dla naszych dzieci. Powinniśmy zapomnieć o przeszłości, powinniśmy myśleć o pokojowej przyszłości. 

 

     To dobry pomysł – powiedziała osoba. - Są adresy różnych partii, organizacji i stowarzyszeń związanych ze Straussem. Dam je panu pod warunkiem, że nigdy pan nie ujawni, od kogo te adresy dostał.

 

     Podziękowałem gorąco osobie, która narażała się dla mnie na utratę pracy.   

 

    Wróciłem do Szczecina z adresami. Przestałem wychodzić z domu.

 

Nad listem do Niemców pracowałem kilka dni. List był krótki, mieścił się na kartce maszynopisu. Gdy wydało mi się, że tym listem przekonam Niemców, zaniosłem go do biura tłumaczeń. Mieścił się blisko szczecińskiego Sądu Wojewódzkiego, w starej kamienicy, schodziło się po schodkach w dół.

 

    Tłumacz wyraził niezmierną gotowość tłumaczenia za darmo mojego listu. Po dwóch dniach przetłumaczony list miałem już w kieszeni. Ale przed wysłaniem go do Niemiec coś mnie powstrzymało. Szósty zmysł, przeczucie. Nie mogę ot, tak sobie, rozesłać mój list po terytorium Niemiec. Jest to zbyt poważna sprawa. Muszę się z kimś w tej sprawie porozumieć. Muszę tego kogoś znaleźć. Przecież tego listu nasze służy bezpieczeństwa nie przepuszczą.

 

     W Gdańsku był poseł, przewodniczący komisji polsko-niemieckiej. W czasie wojny był więźniem w obozie hitlerowskim. Znalazłem jego dane w sejmowych rejestrach. Biuro poselskie miał w Gdańsku, w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. Tam musiałem dotrzeć.

 

     Nerwy miałem czujnie napięte. Każdej chwili spodziewałem się aresztowania. Działałem zbyt śmiało. Musiałem jak najszybciej, jeszcze przed aresztowaniem, zanim zostanę zatrzymany, dotrzeć do tego posła.

 

     Wsiadłem w Szczecinie do pociągu jadącego do Gdyni. Zająłem przedział w końcu wagonu. Wyczuwałem skrytą obecność ludzi, którzy mnie obserwowali. W środku korytarza stała młoda kobieta. Zajmowałem miejsce w przedziale przy drzwiach, skąd mogłem widzieć młodą kobietę. Przez kilkugodzinną drogę nie wchodziła do przedziału, aby w nim usiąść i odpocząć. Udawała, że patrzy przez okno na mijaną przestrzeń, zezowała w bok, w moją stronę, czy siedzę. W pobliżu mojego przedziału, w końcu wagonu, stało dwóch młodych mężczyzn w czarnych garniturach.

 

     Ich obserwacja była czujna. Po każdym moim wejściu do ubikacji, jeden z nich zaraz tam wchodził, prawdopodobnie sprawdzając, czy czegoś w ubikacji nie chowam. Gdy pociąg przyjechał do Gdyni, przy wyjściu z peronu zatrzymało mnie dwóch innych mężczyzn zadając otwarcie pytanie: - gdzie pan się udaje?

 

     - Jadę do Gdańska, do Wojewódzkiej rady Narodowej – odpowiedziałem wcale niezdziwiony.

 

     Rozstąpili się, dając mi przejście.

 

     Przed dworcem w Gdyni wsiadłem do taksówki. – Proszę do Gdańska do Wojewódzkiej Rady – poprosiłem. 

 

     Dzień był chmurny, słońce z trudem przebijało się w dół przez ciemne postrzępione obłoki. Dojechaliśmy do Gdańska. Wysiadłem z taksówki ciesząc się, że już dotarłem na miejsce.  Przed wejściem do gmachu Wojewódzkiej Rady zobaczyłem czekających na mnie trzech mężczyzn. Usłyszałem jak jeden mówi głośno: - tu go zdejmiemy! – i zagrodzili mi przejście. Nie pozwolili wejść do budynku. Gdy stanąłem nieruchomo, jeden z nich mnie zapytał:

 

     - Gdzie pan idzie?

 

     - Do posła.

 

     Wtedy ci, podobnie jak tamci mężczyźni w Gdyni, rozstąpili się, i pozwolili mi przejść, ale szli ze mną, towarzyszyli do drzwi z napisem Biuro Poselskie.

 

     Nacisnąłem klamkę, otworzyłem drzwi i wszedłem do wewnątrz.

 

     W biurze poselskim było ciemno, lampa pod sufitem oświetlała pomieszczenie. Za biurkiem siedział starszy mężczyzna o zniszczonej twarzy. Widać było po nim przeżycia obozowe. Doświadczenie życiowe miał wyryte na twarzy. To był człowiek - który powinien mnie zrozumieć, człowiek - którego szukałem. 

 

     - Proszę pokazać mi ten list – rzekł zaciekawiony, gdy opowiedziałem mu wszystkie swoje obawy.  Usiadł wygodniej i zaczął list czytać uważnie.

 

     Siedziałem naprzeciw patrząc na niego. Wzrokiem wodził po linijkach listu powoli i dokładnie, przeczytawszy położył list na biurku.

 

     - Proszę zostawić list u mnie, zastanowimy się nad nim. Proszę przyjść jutro w południe.

 

     Wychodząc od posła nie zobaczyłem nikogo z ludzi, którzy mi zabraniali wejść do budynku.

 

    Gdy nazajutrz przyszedłem do posła, oddał mi list i poprosił, abym zapoznał się z przerobionym tekstem, jaki według niego powinien zostać wysłany do Niemców.

 

     - Na taki list nie zgadzam się – powiedziałem po przeczytaniu. - Jest zupełnie inny od mojego. 

 

     - To proszę zrobić w nim swoje poprawki – odpowiedział poseł, zupełnie niezniechęcony moim sprzeciwem. - Proszę tekst poprawić i znowu przyjść do mnie.

 

     Domyślałem się, że list zaczął wędrować do Warszawy w takie miejsce, gdzie akceptowano akcję wysłania listu, ale nie zgadzano się z moimi sformułowaniami.

 

     Rozpoczęliśmy wzajemne poprawiania.  Codziennie przyjeżdżałem do Gdańska do biura poselskiego z moją poprawioną wersją, Zostawiałem ją w biurze posła, aby został wysłany do akceptacji, następnego dnia otrzymywałem uzgodnioną wersję, zabierałem ją do Gdyni, gdzie znowu ją poprawiałem i tak było wiele razy, a czas płynął nieubłaganie, podsycany niepokojem.

 

     W polskiej telewizji pokazywano starych partyzantów, wygrażających pięściami Niemcom Zachodnim. Wypominali dawne wojenne zbrodnie, i też mówili z gniewem, podobnie jak mówiło w Niemczech ugrupowanie Straussa, nie będą się godzić na pojednanie polsko-niemieckie.

 

     Znowu minęły dni i wreszcie tajemnicze miejsce w Warszawie i ja, uzgodniliśmy ostateczną wersję listu i mogłem go rozesłać pod wskazane adresy. Pracowicie przepisałem list w kilkudziesięciu egzemplarzach, wpakowałem w zaadresowane koperty, pokazałem posłowi. Potem poszedłem na pocztę i tam, bacznie obserwowany przez stojące obok mnie osoby, czy wkładam list do kopert, czy je zaklejam, nalepiłem znaczki na koperty i przekazałem w okienku pocztowym. Zostały przyjęte. Poczułem, jakbym z siebie zrzucił wielki ciężar.

 

     Koperty były adresowane do wszystkich organizacji związanych ze Straussem, które sprzeciwiały się pojednaniu z Polską. Były adresowane do redakcji gazet, radia i TV, do partii politycznych i stowarzyszeń, do organizacji religijnych i nawet kościołów. Listów było dużo, ale jaki będzie listów skutek? Byłem pewien, że poczta polska listy wyśle, ale jak będą przyjęte w Niemczech Zachodnich?      

 

    Na skutek musiałem czekać.  Ta korespondencja kosztowała mnie sporo, wiele dni pracy, koperty, znaczki… Czy warto było tak się trudzić?

 

     Po kilkunastu dniach polskie i niemieckie media zaczęły wygaszać wzajemne niechęci. Niemieckie gazety, radio i telewizja, związane ze Straussem, dotychczas zawzięcie oponujące zbliżeniu z Polską, zamilkły! Zamilkły całkowicie. Przestały być Polsce niechętne! W Bundesracie odbyły się dyskusje i podpisano układ. Potem, 7 grudnia 1970 roku układ został podpisany w Warszawie. Układ między Polską Rzeczpospolitą Ludową i Republiką Federalną Niemiec. Po jakimś czasie sekretariat Bundesratu przysłał mi w języku niemieckim podziękowanie za to, że przekonałem opozycję niemiecką do układu polsko-niemieckiego. 

 

Rozdział 6

 

     Kto pracował przy aparacie rentgena, na przykład prześwietlał ludzi w szpitalu, nosił przy sobie małe pudełko z kliszą. Klisza zaczerniała się pod wpływem promieni rentgena. Klisze były cyklicznie wysyłane do badania w Instytucie Medycyny Pracy w Łodzi. Gdy oceniono, że nosiciel kliszy otrzymał za dużą dawkę promieni rentgena, co było widać na kliszy, był wzywany na obserwację w klinice Instytutu.

 

     Ja też znalazłem się w klinice na obserwacji. Przeszedłem wszystkie badania, i mimo moich protestów, jeszcze raz prześwietlili mi głowę, nie wiadomo czego tam szukając. Badanie słuchu wywołało zdumienie operatora. Słyszałem za dobrze. Siedziałem ze słuchawkami na uszach, operator siedział obok, pokrętkami ustawiał dźwięki od najniższego timbru do najwyższego tonu, dźwięków bardzo cichych, ja mówiłem: -  słyszę bardzo głośny sygnał!

 

     - Czemu mnie pan oszukuje? – oburzył się operator. Mnie pan nie oszuka. Tu nikt jeszcze nie słyszał najsłabszego sygnału.

 

     - Nie oszukuję... – odparłem. - Słyszę bardzo dobrze cienkie i grube piski tego aparatu. Mam teraz taki słuch.

 

     Operator spojrzał na mnie nieufnie i niechętnie. Skrywając złośliwość kazał mi podnieść się z krzesła. Krzesło ustawił tyłem do aparatu.  Proszę usiąść! - Rozkazał. – Proszę nałożyć słuchawki! - Był przekonany, że patrzę na jego palce, gdy włącza pokrętła.

 

     Słuchawki nałożyłem na uszy i po chwili usłyszałem cienki pisk. –

 

Słyszę pisk - powiedziałem.

 

     - A teraz? – zapytał.

 

     - A teraz słyszę gruby...

 

     - Słyszy pan? Naprawdę pan to słyszy? Przecież to niemożliwe! – Był wyraźnie poruszony.

 

     - Słyszę! Niestety, taki mam słuch. Bardzo to dla mnie jest kłopotliwe.

 

     Po badaniach słuchu nie wiedziano, co ze mną zrobić. Zaproponowano mi przecięcie jakichś nerwów, abym gorzej słyszał.  Na przecięcie nerwów nie zgodziłem się. Przeczuwałem, że moja niezwykła nadwrażliwość słuchowa spowodowane  napromieniowaniem mózgu, z biegiem czasu ustąpi.

 

     W klinice pracował lekarz Zdzisław Myślak. Kiedyś płynął jako pasażer na statku, polubił marynarzy, interesował się mną troskliwie, codziennie mi się uważnie przyglądał. Niepotrzebnie w Instytucie znowu prześwietlili mi głowę, twarz moja zmieniła wygląd, usta się nieprzyjemnie wygięły; prawy kącik uniósł się w górę, lewy opadł, otrzymałem krzywy uśmiech. Myślak codziennie rano przyglądał mi się, starał się nie dawać poznać po sobie, że przygląda się moim wykrzywionym ustom. Przez niepotrzebne dodatkowe prześwietlenie, dostałem zwiększoną dawkę promieni, tym razem promieni rentgenowskich.

 

    Nocną ciszę zakłócał sygnał karetek pogotowia. Przywoziły zatrutych robotników z fabryk sztucznych włókien. Cienkie nitki sztucznego włókna ciągną się przez wiele pomieszczeń, w każdym był zainstalowany czujnik przekroczenia trującego gazu CS2, dwusiarczku węgla. CS2 paraliżował system nerwowy. Gdy było większe stężenie gazu, powinny alarmować czujniki: zatrzymać produkcję!  Zatrzymanie produkcji narażało fabrykę na stratę ośmiu milionów złotych, toteż w nocy majstrowie często wyłączali czujniki, aby nie przerywać produkcji przy zwiększonym stężeniu gazu. Narażali życie pracujących na nocnej zmianie robotników. Przez kilka dni mojego pobytu w klinice, byłem świadkiem, jak przywożono nocą średnio dwóch zatrutych robotników. Przepisy bezpieczeństwa i higieny pracy w tych fabrykach były dramatycznie lekceważone. Premie majstrów i dyrekcji były ważniejsze od życia i zdrowia robotników.

 

      W dzień, w pokoju dyżurnego lekarza, odbyła się dziwna rozmowa. Po jednej stronie stołu siedział lekarz, przeglądając moje papiery, po drugiej stronie stołu siedziałem ja, na obrotowym twardym krześle.

 

     – Panie doktorze,  – przerwałem mu czytanie – jutro muszę opuścić klinikę.

 

     - Czemu musi pan klinikę opuścić? Źle pan się tu czuje? Jeszcze nie skończyliśmy badań.

 

     - Może to trudno zrozumieć, ale ja przed rokiem, po napromieniowaniu, postanowiłem oddać się pod opiekę lekarską na czas 365 dni, dokładnie na rok. Nie dłużej. Wiem, że to wygląda nienaturalnie, wygląda bardzo dziwnie, jednak jutro mija trzysta sześćdziesiąty piąty dzień mego małżeństwa z medycyną, i chcę opuścić klinikę.

 

     - Przecież nie skończyliśmy jeszcze badań. – Zaprotestował lekarz.

 

     - Nie może pan przerywać zaplanowanych badań. Musi pan pozostać, dopóki wszystkie badania nie będą przeprowadzone.

 

     - Dobrze – odparłem niezrażony. - W takim razie opuszczę klinikę, zamieszkam w hotelu. W dzień będę przychodzić na badania.

 

     Łódź była miastem dla mnie nieznanym. Zacząłem zwiedzać i oglądać miasto. W jednym z kościołów zobaczyłem piękny obraz świętej Teresy z pięknymi różami. Na obraz padała wiązka słoneczna, drgając, migocąc w drobinach kurzu zawartego w powietrzu, ujawniała piękno wytworu malarza.

 

      Łódź, miasto robotnicze miało też swój obraz. Była miastem robotniczym, miała swój odrębny charakter ulic, placów, ludzi na ulicach, wydawała się miastem ludzi uboższych, innych niż w innych miastach.

 

     W klinice badania mojego ciała dobiegały końca. Jeszcze raz chcieli zobaczyć wnętrze mojej czaszki, co się tam zmieniło po napromieniowaniu radarem i postanowili jeszcze raz moją głowę prześwietlić. Jaki byłem głupi, jaki głupi! Na swoje nieszczęście dałem się na jeszcze jedno prześwietlenie namówić.  Nocą, na łóżku hotelowym, doznałem strasznego bólu głowy. Przeraźliwego… Czułem, że wewnątrz wnika w moją głowę gruby śrubokręt, obraca się, masakruje wnętrze mózgu. Wytrzymały na ból, tym razem nie mogłem tak strasznego bólu wytrzymać. Przechodziło pojęcie największych tortur. Zdałem sobie sprawę, że tego olbrzymiego bólu nie zniosę i umrę na hotelowym łóżku. Przed oczami pojawił mi się obraz z kościoła, młodej świętej, trzymającej w objęciu kwiaty. Zacząłem z trudem szeptać: - święta Tereso, pomóż mi. Nie mogę przetrzymać tego bólu, Święta Tereso, pomóż! Pomóż mi...

 

     Nagle ujrzałem zieloną, gładką łąkę. Rosły na niej kwiaty prześliczne, kwiaty wspaniałe, różnokolorowe. Łąka z kwiatami tak piękna, a najpiękniejszych róż było najwięcej. Odczułem, że ból w mojej głowie ustępuje, odchodzi, i spływa na mnie cisza i spokój. Spokój tak głęboki, jakiego nigdy dotąd nie doznałem.  Usnąłem...

 

     Następnego dnia pożegnałem się z lekarzami w klinice. Byli bardzo dla mnie życzliwi, ale przez niepotrzebne dodatkowe prześwietlenia dodali mi dodatkowych cierpień. Z pewnością tego nie chcieli, może nie wiedzieli jeszcze, że duże ilości prześwietleń mogą powodować ból.

 

Rozdział 7

 

    Teraz pilną sprawą stał się powrót do zdrowia. Przeszedłem trzysta sześćdziesiąt pięć dni oddania się pod opiekę lekarzy, teraz należało oddać się pod opiekę przyrody. Musiałem uciec w przyrodę. Prasa niemiecka opisała żywot dwóch kobiet mieszkających w lesie. Uciekły od miejskiego życia, wykopały ziemiankę, urządziły się w niej jak w domu w mieście, czuły się zdrowo.   Ja postanowiłem zrobić dom na wodzie i w nim zamieszkać. Też okresowo - na całe pięć lat. Postanowiłem pięć długich lat spędzić w pływającym domu.

 

     Marynarz, jakim byłem, tęskni do pracy i życia na statku. Musiałem więc, aby wypełnić nabrzmiewającą tęsknotę, tak silną, że rozrywała mi piersi żałością po straconym życiu marynarza, musiałem zbudować dla siebie malutki statek, abym w nim mógł nadal pracować i żyć. Zmniejszyć tęsknotę za utraconym życiem na  morzu. 

 

     Pomysł miałem prosty do wykonania. Należało zbudować dwa długie metalowe pływaki, połączyć je pokładem, na pokładzie postawić konstrukcję domku o długości siedmiu metrów, szerokości trzech. W środku miała znaleźć się sterówka z biurkiem i maszyną do pisania, jadalnia, czyli mesa, tapczan i szafa. Za szafą łazienka z wanną i toaletą, a po lewej kuchnia węglowa.

 

     Rysowałem, obliczałem wzajemne odległości tapczanu, stołu, szafy, wanny, nic nie chciało mi się zgodzić. Wreszcie zrobiłem makietę w skali 1: 100 i zacząłem meble, ściany, kuchnię wannę, sedes rozmieszczać na arkuszu papieru. Przesuwałem w prawo i lewo, w górę i w dół. Wreszcie wszystko wyszło bardzo zgrabnie na papierze, trzeba jeszcze było znaleźć na tę budowę wykonawców, a przede wszystkim znaleźć pieniądze.

 

     Pieniądze znalazłem i znalazłem wykonawców. Koledze marynarzowi wynająłem swoje mieszkanie na dwa lata. Zapłacił mi z góry. Kolega ożenił się, tułał się w sublokatorskich pokojach z żoną i nowonarodzonym dzieckiem.  Moja propozycja wynajmu bardzo mu odpowiadała. Ale musiał cierpliwie poczekać dopóki się nie wyprowadzę. Musiałem zorganizować pracę ślusarzy i szkutników.

 

     Warsztat ślusarski znalazłem przy ulicy Mariana Buczka 24a. Z ulicy pełnej zgiełku, po której jeździły hałaśliwe tramwaje, trąbiące samochody, wchodziło się wpierw w jedno podwórko z kilku piętrowymi domami pełnymi mieszkań, potem w drugie takie samo.  Na końcowej ścianie poprzecznej tkwił niewielki parterowy budynek z warsztatem ślusarskim.

 

     Warsztat prowadziło dwóch mężczyzn. Jeden krępy, drugi szczupły.  Gdy poprosiłem o zrobienie dwóch pływaków dla mego domu zgodzili się chętnie. Pływaki miały mieć długość osiem metrów, wysokości sto dziesięć centymetrów, szerokości osiemdziesiąt centymetrów. Pośrodku w pływakach miała być przegroda pionowa, gródź wodoszczelna. Miały w ten sposób powstać cztery komory wodoszczelne, po dwie w każdym pływaku. Gdyby przebiła się któraś komora, pozostałe komory będą utrzymywać statek na wodzie.

 

    Poprosiłem o pełną szczelność. Każda komora miała mieć osobny wentyl dla wpuszczania sprężonego powietrza. Z tym miałem trudności. Spawacze twierdzili, że dobrze spawają, że próby szczelności są niepotrzebne.

 

      Musiałem uciec się do podstępu. Zaproponowałam jednemu z nich zakład pieniężny. Gdy zakład został zawarty, rozegrała się śmieszna scena, prawie dramatyczna. Stanęliśmy obok zrobionych już kadłubów, wyciągniętych na całej długości w ciasnym podwórku.

 

     Ślusarz, który się ze mną założył, patrzył na mnie wilczym wzrokiem.  Stał w rozkroku, w ręku trzymał młotek ślusarski.  Drugi mężczyzna, z rączką spawalniczą w dłoni, wykrzywiał okropnie twarz, z wielkim trudem hamując śmiech. Ja schylałem się i macałem szwy spawalnicze. Mężczyzna z młotkiem utrzymywał uparcie, że ich spawanie jest wyśmienite, że do wnętrza zrobionych przez nich kadłubów nie przedostanie się ani jedna kropla wody. Właśnie w te kadłuby pompowaliśmy sprężone powietrze.

 

    Gdy wodziłem rękami po spawalniczych szwach, wyczuwałem niewielkie, słabe leciutkie strużki powietrza wychodzące z wnętrza kadłuba.

 

     Ja czułem, oni nic nie czuli… Nic dziwnego... Przecież byłem wyczulony na wszystko jak najlepszy przyrząd na świecie. Obaj ślusarze upierali się, że moje czułe zmysły są moim wymysłem. A ja miałem czucie wprost niezwykłe, jak dzikie zwierzę albo człowiek pierwotny. Przez napromieniowanie.

 

     - Stop! Nie pompować powietrza - krzyknąłem, bo kwadratowe w przekroju, długie kadłuby zaczęły pęcznieć, wybrzuszać się pod rozsadzającym je ciśnieniem.

 

     - Stop! – wykrzyknąłem. – Smarujemy kadłuby wodą z mydłem...

 

   - Ale po co? – uniósł się gniewnie mężczyzna z młotkiem. - My żadnego powietrza nie wyczuwamy! Nic z kadłubów nie wylatuje. – Jego twarz stała się jeszcze bardziej chmurna i podejrzliwa.

 

     - Zakład jest zakładem! – powiedziałem stanowczo i pobiegłem do końca podwórka, do warsztatu, w którym spawacze robili części kadłubów, a które teraz stały pospawane na podwórku. Tarasowały podwórko.

 

     Jednym skokiem znalazłem w umywalni mydło, wodę i pędzel do golenia; drugim skokiem byłem znowu przy kadłubach, i już smaruję mydlinami szwy spawalnicze. Spod mydlin wydobywać się zaczęły najpierw malutkie, mikroskopijne wręcz, a potem rosnące bańki mydlane. Olbrzymiały w oczach. Przezroczyste, rozkwitały kolorami w słonecznym blasku.

 

     - Przegrałeś zakład! Musisz płacić! – powiedział ślusarz z rączką spawalniczą w dłoni. Nachyliwszy się, zaczął kredą zaznaczać miejsca, na których wykwitały zdradzieckie bańki mydlane.

 

     Sprawdzając teraz żelazne kadłuby, pływające nogi mego przyszłego domu, czułem satysfakcję. Można będzie do nich wchodzić silnie zgiętym i napakować wiele ton kartofli i węgla. Były płaskodenne. Przeznaczenie ich, to osiadanie na mieliznach wielu rzek. Dwa połączone ze sobą kadłuby są bardzo stabilne. Ci, którzy boją się przechyłów, mogą spokojnie podróżować katamaranami. Nie przechylają się silnie. Pływają jak tratwa.

 

     - Kiedy chce pan wyruszyć na wodę? – zapytał jeden. 

 

     - Gdy zaspawacie wszelkie nieszczelności, gdy zrobimy włazy wejściowe do pływaków, wtedy przewiozę kadłuby na Odrę.  Na nich będę budować pokład. Na pokładzie postawię dom.

 

      -  To za dwa lata przeprowadzi się pan do niego? – usłyszałem pytanie.  W pytaniu czuło się zwątpienie i przykre rozczarowanie. Praca, przy której tak się spieszyli i tak dokładnie pracowali, miała pójść na marne.

 

     - Chyba prędzej. Może za dwa miesiące...

 

     - Przecież to niemożliwe!

 

     - Możliwe, bo dom już buduje się na rzece. To do widzenia. Będę jutro.

 

     Pożegnałem obu mężczyzn skrzywionych w uśmiechach. Czuliśmy do siebie sympatię. Szukałem w Szczecinie rzemieślników spawaczy, którzy podjęliby się zrobienia dwóch kadłubów, i tylko oni mi nie odmówili. Stanisław i Mieczysław... Grubszy i cieńszy... Znakomici ślusarze i spawacze. Przegrali zakład. Ale oni byli normalni - a ja… stokrotnie wrażliwszy od nich. Słyszałem dźwięki lepiej od psa. Czułem światło całą skórą. Silniejsze światło – wywoływało ból. Nawet przed słońcem okrywałem się szczelnie, gdy inni opalali się na wspaniały brąz. W uszach nosiłem kłębki waty chroniące przed hałasem. Obaj spoglądali na mnie jak na dziwadło i życzyli powodzenia.

 

     - Cześć! Do jutra... - Wskoczyłem na motorower i wypadłem z podwórka na szczecińskie ulice. Było gorąco i z wielką przyjemnością chłodziłem się przepływem strumieniami powietrza, przemykając między tramwajami i samochodami. Od ulicy Buczka nr 24a, gdzie pracowali spawacze, do rzeki miałem 20-25 minut drogi. Trząsłem się na motorowerze z nadzieją, że szybko wstrząsy się skończą. Na wibracje też stałem się uczulony. Siodełko zabezpieczałem grubą amortyzującą poduszką, ale z kierownicą było gorzej. Drżała na miejskim bruku, moje ręce przenosiły drgania do mózgu i traciłem wtedy chwilowo wzrok. Mogłem trzymać kierownicę oburącz, bardzo lekko ją dotykając, albo jedną ręką, często ręce zmieniając.

 

     Na szczęście jazda nie trwała długo. Wkrótce wypadałem na nadbrzeżne ciche drogi wysypane szutrem i dojeżdżałem do lustra Odry. W odległości osiemdziesięciu metrów była wyspa.

 

     - Hej! Na wyspie!... – rozdzierałem się, aby głos mój dotarł do wnętrza stojącego na wyspie domu. Obok domu stał hangar, widać było szyny schodzące do wody i wózek na nich z jachtem gotowym do zwodowania.

 

     Z domu wolno wyszedł starszy mężczyzna. Otarłszy dłonią usta z resztek jedzenia zsunął się z pomostu do łódki. Wolno powiosłował do mnie. Z hangaru na wyspie śpiewnie dolatywał dźwięk pracującej piły krajzegi, która cięła drzewo. Od rzeki niosło świeżym, zdrowym i wilgotnym powiewem.

 

     Ostrożnie wszedłem do wąskiej łodzi.  – Anatol pracuje? - zapytałem.

 

     - Już ściana gotowa. Kiedy przywozi pan kadłuby?

 

     - Za parę dni... Napompowaliśmy w nie sprężone powietrze.

Zaczęły się wydymać. Za dużo tego ciśnienia było. Ale wyszły wszystkie nieszczelności. Trochę trzeba poprawić. Jeszcze trzeba wyciąć otwory wejściowe w kadłubach i załatwić długą przyczepę do przewiezienia kadłubów na wyspę.

 

     - Szybko panu idzie!

 

     - Nie mnie, a ludziom. Pana syn też pięknie pracuje.

 

     Dopłynęliśmy do drugiego brzegu. Wyskoczyłem z łodzi. W hangarze już leżała na podłodze ściana mojego domu. Ojciec Bartnik przywiózł mnie, a jego syn robił ściany domu. Bartnikowie mieszkali na wyspie, która zwała się Akademicka, od nazwy klubu żeglarskiego, który miał tu swoje jachty.

 

     Bartnikowie byli przyjemną rodziną. Pani Bartnikowa urodziła się w Stanach Zjednoczonych. W Polsce poznała męża, i tu na wyspie mieszkała z nim, synem i synową, a także z małym wnuczkiem Jarkiem. Sielska wyspa.  Oddalona o przysłowiowy łokieć od miasta, nie było na niej hałasu, spalin. Niedaleko było do sklepów, a na wyspie chowali kury znoszące świeże jajka.

 

     Wszedłem do hangaru i zobaczyłem na podłodze ścianę i westchnąłem z ulgą. Ściana miała otwory na boczne drzwi i dwa duże okna. Był to szkielet drewniany. Z jednej strony obity dyktą, z drugiej miała przyjść płyta pilśniowa. Przestrzeń między nimi miała wypełnić izolacja cieplna. W hangarze już piętrzyły się stosy pasów ratunkowych. Były miękkie, wewnątrz miały nie korek, lecz watę. Były już za stare, i dostałem je od mojego pracodawcy – Polskiej Żeglugi Morskiej – z wielką życzliwością wspomagającej mnie na drodze budowy domu na wodzie, chociaż pozwałem do sądu jej naczelnego dyrektora i kierownika działu BiHP.

 

     Wata kapokowa, świetnie izolująca od zimna, była nieoceniona. Miała iść na śmietnik, tutaj będzie dalej pełnić swą służebną rolę, ukryta w ścianach i suficie.

 

     Młody Bartnik pochylony nad krajzegą ciął długie kantówki odmierzając je na elementy drugiej ściany. Śpiew krajzegi umilkł.  Obrotowa piła zaczęła stawać...

 

     - Musimy się śpieszyć! – powiedział, patrząc mi w oczy.  Był szczupły, średniego wzrostu i miał zwyczaj patrzenia ludziom prosto w oczy.

 

     - Trzeba wypełnić ścianę watą. Trzeba ją obrócić – dodał.

 

     Schyliliśmy się, podnieśliśmy ścianę na sztorc i położyliśmy płasko na lewej stronie. Pokazała się gęstwa ożebrowania. Między żebra zaczęliśmy napychać watę z pasów. Była puszysta, ciepła, białawo-żółta. Bartnik krótko pracował przy budowie ścian i całego potem katamarana. W ciągu dnia pracował jako szkutnik jachtowy na wyspie. Po pracy i obiedzie zaczynał robotę przy katamaranie. Pieniędzy z tego miał mieć niewiele, ale intrygował go pływający dom. Pokazywałem mu plany, rysunki. Konstrukcja była niezwykle prosta i łatwa i robota szła szybko.

 

     - Ano, musimy się śpieszyć... – odpowiedziałem, przerywając milczenie. Za dwa tygodnie muszę się przeprowadzić do katamarana. Nie będę miał gdzie mieszkać, jak go nie zrobimy.

 

     - Dlaczego?

 

     - Wynajmuję swoje mieszkanie i będę bez dachu nad głową.

 

     Młody Bartnik popatrzył na mnie z zadumą, po czym zaczął przybijać płyty pilśniowe zakrywając te części ściany, które były już zapełnione ciepłą watą.

 

* * *

 

     Na drugi dzień, gdy słońce dobrze już minęło południe i cienie drzew znacznie się wydłużyły, przywiozłem na wyspę moją zaczarowaną żonę. Byliśmy kilka miesięcy po ślubie. Nie chciała wierzyć, że jest już gotowa jedna ściana domu. Bartnik miał już zrobiony szkielet drugiej i kończył obijanie jej dyktą.

 

     Znowu postawiliśmy ścianę na sztorc i położyli płasko na lewej stronie odkrywając ożebrowania. Żona i ja cięliśmy mocne płótna ratunkowych pasów, wyciągaliśmy z nich watę i napełnialiśmy ścianę. Bartnik tworzył już trzecią ścianę, przednią. Robota paliła mu się w rękach a nie widać było po nim utrudzenia. Pracował wolno a jednocześnie bardzo szybko uzyskiwał rezultaty.

 

     Wkrótce zapadł zmierzch. Rozkumkały się żaby. Ptaki ucichły w zaroślach i trzcinach nadbrzeżnych. Powoli zamierał odległy gwar ludzkiego życia, pogłos dalekich tramwajów. W cichości przeprawiliśmy się z wyspy na drugi brzeg. Wsiedliśmy na motorower nie mówiąc słowa, jakby nie chcąc utracić tej ciszy i jakbyśmy chcieli zabrać ją ze sobą do miasta, wprost do mieszkania.

 

     - Czy nie utopimy się przebywając w pływającym domu? – spytała mnie przy kolacji. Odżywialiśmy się bardzo skromnie. Oszczędność nasza była krańcowa. Ja jadłem tylko chleb, masło i ser, niektóre jarzyny. Piłem tylko wodę. Mój organizm po napromieniowaniu nie przyjmował do siebie więcej ponad to.

 

     - Dlaczego mielibyśmy się utopić? – odpowiedziałem.

 

     - Nie umiem pływać – odparła cicho. Nawet na kajaku nie pływałam. Zmuszasz mnie do mieszkania na wodzie, i jeszcze nie wiadomo, na jak długo.

 

     Czułem narastające wyrzuty sumienia.

 

     - Wiesz dobrze, że muszę uciekać z miejskiego życia do życia w przyrodzie.

 

     - Jesteś pewien, że wyzdrowiejesz?

 

     - Mam szansę to sprawdzić. Zresztą, po co się martwić. Będzie nam na pewno fajnie. Nie martw się...

 

     Nie byłem pewny czy napełniam ją otuchą, ale najbliższe dni miały to wykazać.

 

Rozdział 8

 

     Rano, przed domem przy ulicy Buczka 24, gdzie w podwórku były budowane żelazne podstawy mojego domu, zaczął gromadzić się tłum.  Rozciągały się tam długie, stalowe dwa pontony. Każdy z nich miał dwa otwory wejściowe. Każdy miał jeden koniec podcięty jak narta. Były to dzioby pływaków. W otwory, co chwila zaglądała ludzka głowa.

 

     - Co to jest? – pytali – jakieś urządzenie zbrojeniowe?

 

     - Wariat! Nie urządzenie zbrojeniowe, ale zbiorniki do wylęgu ryb. O! tu, z przodu! Mają wlewy na jeden gatunek, a tutaj z tyłu na drugi gatunek! Mogą być cztery gatunki. Czego ci prywaciarze nie wymyślą...

 

     Minąłem rozdyskutowanych ludzi, poszedłem do warsztatu. Z wiszącego na ścianie telefonu zatelefonowałem do przyjaciela Ryszarda Orskiego, pracującego jako inżynier w Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego. Miał wypożyczyć dźwig i przyczepę samochodową.

 

     - Hallo – Ryszard! Będziesz miał tę przyczepę i dźwig?

 

     - Oczywiście! Przybędą zaraz po ósmej.

 

     - Wstyd mi, że płacisz za mnie transport...

 

     - Wszystko będzie dobrze. Czekaj!

 

     Wielu z moich przyjaciół wiedziało, że przez chorobę straciłem wszystkie swoje oszczędności i pomagali mi jak mogli najlepiej.  Miałem cichą nadzieję, że się kiedyś im zrewanżuję. Ale kiedy i jak?  Narazie byłem biedny jak mysz, która już nie miała siły piszczeć, i do tego wypełniałem zwariowany plan budowy domu, co miał pływać po wodzie.

 

* * *

 

     Przed leżącymi na ulicy kadłubami stanął samochodowy dźwig. Wyskoczył z niego prędki szofer. Pobiegał kilka razy wzdłuż długich kadłubów i stanął przede mną jak wryty.

 

     - To pan chce mieszkać w tych żelastwach? – pokazał ręką na czarne, blaszane, łapiące już rdzawy koloryt długie kształty. - Przecież pan w nich zamarznie w zimie na kość!

 

     - Yyy??? – Wyjąkałem, zaskoczony podejrzeniem, że będę mieszkać w pontonach wysokich zaledwie na 110 centymetrów. – To są tylko podstawy pływającego domu... – bąkałem. – Pływaki... Na nich stanie dom.

 

     - Aha... mądry pomysł! – ucieszył się. Będę miał o czym opowiadać w domu! Gdzie jedziemy?

 

     - Pokażę. Tam gdzie ulica Tama Pomorzańska, gazownia i elektrownia.

 

     Sprawnie załadowane kadłuby przejechały wolno ulicami, potem wertepami nadrzecznych dróg i zostały spuszczone dźwigiem na wodę.

 

    Anatol wyskoczył z hangaru.  Uruchomił motorówkę i po niecałych piętnastu minutach przyholował kadłuby do wyspy. Tam czekał na nas wózek jachtowy – podobny do wózka, na którym holuje się samochody, ale który się spuszcza na szynach pod wodę.  Na niego wprowadza jachty i wyciąga wyciągarką na ląd na zimowisko lub do remontu.

 

     Wózek już był spuszczony pod wodę. Jego ślad znaczyły wypełzające od brzegu dwie długie szyny ginące w wodzie, a dalej widać było wystające z wody drewniane żerdzie, wskazujące podwodną pozycję wózka. Z trudem wprowadziliśmy żelazne kadłuby między nie, a potem, kręcąc korbą windy, po szynach wyciągnęliśmy z wody wózek, a na nim dwa kadłuby.  Szybko wysychały pod wpływem wiatru i słońca.

 

     Po kilku dniach kadłuby pokryły się wpierw antykorozyjną farbą a potem piękną niebieską farbą. Otrzymałem farby w darze od Polskiej Żeglugi Morskiej.  Oba kadłuby połączył drewniany pokład z desek o grubości czterech centymetrów. Nasączałem je obficie abizolem, aby nie gniły pod deszczami i bryzgami wody.  Na tych deskach stanęła wpierw jedna ściana, potem następne ściany, później drzwi i okna, i trzeba było myśleć o chrzcie nowego, świeżą farbą pokrytego statku-domu.

 

     Rzeką przepływały łodzie i motorówki. Zwalniały koło wyspy, a wtedy poprzez wodę dochodził odgłos rozmów, dyskusji i domysłów: - „co to takiego stoi wysoko na wózku jachtowym?” A „to” miało pokład dziesięć metrów długości, na nim stał dom, Dom z pływakami był wysoki prawie cztery metry. Z daleka widać było duże okna. Dom lśnił farbą w blaskach słońca. Rzucał się w oczy. Niezwykłością kształtów i nowością.

 

     Trzeba było go ochrzcić.

 

Rozdział 9

 

     Jarek miał pięć lat. Mieszkał z babcią, i rodzicami na wyspie, był samodzielny i poważny.  Stał nad brzegiem rzeki, w ręku trzymał wędkę. Wpatrywał się w spławik podskakujący na zmarszczonej wiatrem wodzie.

 

     - Jarku – podszedłem do niego cicho, by nie płoszyć ryb. – Będziemy chrzcili katamaran, będziemy chrzcili jajkiem.  Czy potrafisz w niego rzucić jajkiem?

 

     Jarek nie oderwał wzroku od spławika, ale kiwnął twierdząco głową, że rozumie i jajkiem rzuci. Mogłem mu w pełni zaufać.

 

     Następnego dnia była niedziela. Pogoda była piękna, pogoda była przepiękna, wręcz odświętna. W górze nad wyspą przelatywał lekki wiaterek, drzewa rosnące na wyspie lekko poruszały gęstym listowiem, czasem przepłynęła po niebieściutkim niebie biała postrzępiona chmurka. Słońce jeszcze nie było w zenicie. Było ciepło, przyjemnie i odświętnie.

 

     Staliśmy niewielką gromadką koło wózka jachtowego. Stał na nim w całej okazałości dom-statek, katamaran na dwóch żelaznych kadłubach. Ściany domu lśniły jasną żółtą farbą, żelazne kadłuby pomalowane na niebiesko miło harmonizowały ze statkiem.  Wielkie okna rzucały się w oczy.

 

     Staliśmy w oddaleniu kilku metrów od statku-domu, odświętnie ubrani. Babcia z synową i wnuczkiem Jarkiem, jej mąż Bartnik z synem Anatolem, i ja z zaczarowaną żoną, zaczarowaną afrykańskim dżu-dżu. Patrzyliśmy na ukończony dom, każdy snuł swoje myśli. Bartnikowie zadowoleni z jego budowy, ja patrzący z optymistyczną otuchą, żona z niepokojem, jak w tym pływającym domu będzie mieszkać. Jarek stał spokojnie z jajkiem w dłoni, które dała mu babcia. 

 

     Ująłem Jarka za rękę i podeszliśmy do wózka jachtowego. Na tle piętrzącego się nad nim statku chłopiec był malutki, ale mógł z łatwością dosięgnąć do żelaznego, niebieskiego kadłuba. W ręku trzymał jajko.

 

     Jarek! Teraz rzuć w kadłub jajkiem!

 

     - Chłopiec spojrzał przed siebie, ocenił odległość i zrobił potężny zamach ręką.  Od zamachu prawie się zatoczył. Rękę wyrzucił przed siebie, ale... wszystkim oczy zabłysły niepokojem, bo jajko nie wyleciało z ręki Jarka, nie wpadło na żelazny, niebieski kadłub, jajko w jego ręku tkwiło, okrągłe i białe. Bielą odcinało się od opalonej niewielkiej dłoni chłopczyka.

 

     Przerwała milczenie babcia Bartnikowa: - rzuć jajeczkiem Jareczku! Rzuć jajeczkiem, rzuć! 

 

     Jarek obrócił się szybko do babci, potem jeszcze szybciej obrócił się do domu-statku i zamachnął się jeszcze silniej, jeszcze mocniej, jeszcze potężniej. Widać było wysiłek, jak się stara dobrze i mocno jajkiem rzucić. Znowu wychylił się za wyrzucaną ręką, ale... niestety... jajko w jego ręku tkwiło nadal. Jajko nie opuszczało ręki Jarka.  Zaciśnięte na jajku palce nie wypuściły jajka.

 

     Nachyliłem się nad chłopcem i cicho, wprost do ucha powiedziałem: - podejdź do kadłuba i przyciśnij jajko. Rozbije się.

 

    Jarek zgodnie skinął głową, zrobił dwa kroki w przód i przycisnął rękę z jajkiem do żelaznego kadłuba. Słychać było szmer rozgniatanego jajka. Żółtko, białko i skorupki spłynęły po niebieskiej ścianie kadłuba w dół, ku ziemi, na zieloną trawę.

 

     Rozprzestrzeniłem żółtko, białko i skorupki na gładkiej żelaznej powierzchni. Cicho, tak, aby mnie nikt, prócz Jarka, ojca chrzestnego statku nie słyszał, wypowiedziałem ważne dla mnie słowa: - nadaję ci imię „Prawda i Pokój”.

 

Rozdział 10

 

     Kto chce wprowadzać w życie hasła: prawda i pokój, musi być bardziej ostrożny jak lis, bardziej podstępny jak pchla, bardziej tchórzliwy jak zając. Musi działać ostrożnie, podstępnie i tchórzliwie, a zarazem uważać , aby nie wylądować w więzieniu.

 

     W Państwowym Archiwum pracowała posłanka Anna Poniatowska. Postanowiłem zapewnić sobie jej opiekę, tak na wszelki wypadek. Wtedy adresy posłów nie były utajnione, zatajanie ich adresów nastąpiło dopiero po zmianie systemu politycznego na kapitalistyczny w 1990 roku. Do mieszkania posłanki dotarłem bardzo późnym wieczorem. Była prawie noc. Przechodnie znikli z ulic, paliły się lampy uliczne, w wielu oknach pogasły już światła. Mieszkańcy szykowali się do snu, większość już spała.

 

     Stanąłem przed drzwiami posłanki pełen obaw. Za późno jej mieszkanie odszukałem. Starałem się uchwycić odgłosy z wnętrza mieszkania, ale zza drzwi nic nie docierało. Jednak musiałem zapewnić sobie ochronę, gdy chciałem zacząć działania. 

 

    Zapukałem lekko i ostrożnie. Nic... Cisza... Zapukałem ponownie, głośniej. Z za drzwi usłyszałem szelest, ktoś podszedł do drzwi. Usłyszałem cichy głos kobiecy:  kto tam?

 

     - Nazywam się Jacek Kwiatkowski, mam ważna sprawę do pani.

 

      - Nie może Pan poczekać do jutra? Teraz jest noc...

 

     - Nie mogę. Bardzo proszę mnie wysłuchać.

   

     Dobiegł glos szczęku łańcucha, otwieranego zamka, drzwi uchyliły się lekko. Przez utworzoną szparę między framugą a drzwiami zobaczyłem uważnie patrzące na mnie oczy.

 

     Łańcuch opadł, drzwi otworzyły się szeroko. Posłanka była w szlafroku. Gestem zaprosiła mnie do saloniku. Usiadła, mnie zapraszając do zajęcia miejsca.

 

        Krótko opowiedziałem o sobie i co chcę robić.- Czy może pani mnie wydobyć z więzienia, gdy mnie ktoś tam wsadzi? –Zakończyłem relację.

 

      Nie zastanawiała się. - Proszę mnie zawiadomić, gdy będą kłopoty. Na pewno panu pomogę.

 

     Tak zapewniwszy sobie zwolnienie z aresztu lub więzienia przez szczecińską posłankę Annę Poniatowską, zacząłem bombardować ministerstwa listami. Były najróżniejszej treści.  Dotyczyły niedoskonałości życia człowieka w systemie socjalistycznym, różnicy między zapowiadanymi oficjalnie w treściach rządowych i partyjnych oświadczeń, nie realizowaniem tych zapowiedzi w tak zwanym terenie. Przyniosło mi to sławę, a przede wszystkim obawę przede mną, abym czegoś niestosownego nie napisał. W gazetach takie tematy nie mogły być poruszane. Panowała moda chwalenia istniejącej szczęśliwości.

 

     W Szczecinie przy Wałach Chrobrego mieścił i nadal się mieści Urząd Wojewódzki, do którego często pisałem listy i często tam chodziłem. U podnóża Wałów przepływa rzeka Odra, sunęły po niej statki duże i małe, towarowe i pasażerskie, holowniki, motorówki, kajaki. Czasem siadałem na ławce i patrzyłem na wodę przed pójściem do urzędu. Maszerując w Urzędzie schodami na piętro, doszedł do mnie ostrzegawczy pół okrzyk: - uważajcie, idzie Kwiatkowski. A więc stałem się znanym, który może napisaniem czegoś o czymś narobić kłopotu, a komuś zaszkodzić.

 

     Po kilku tygodniach zaproponowano mi pracę inspektora związaną z bezpieczeństwem i higieną pracy, której nie mogłem przyjąć. Przenosiłem się do pływającego domu, a stan mego zdrowia jeszcze się nie poprawił na tyle, żebym mógł bez trudu pracować. Jeszcze zamierało mi tętno w nocy, traciłem oddech, na całe szczęście ratowała mnie nowo poślubiona żona. Robiła mi wtedy masaż kręgosłupa, przywracała krążenie, znowu wracało mi tętno i ufnie zasypiałem.

 

     Wreszcie zamieszkaliśmy w nowym domu-statku. Stał przymocowany do drzew na wyspie. Żona obawiająca się o swoje życie, powoli przyzwyczajała się do niezwykłych dla niej warunków. Wykazała nawet niezwykły hart ducha. Wchodząc na statek, źle obliczyła krok i wpadła do wody. Wyciągnęliśmy ją szybko, ale nie dała poznać po sobie, że, nie umiejąc pływać, bardzo się tym przejęła. 

 

     Na statek można było wejść po niewielkim trapie, desce opartej o pokład statku-domu i brzeg. Odtąd bardzo uważała, aby nie wpaść do wody.

 

     Gotować mogliśmy na kuchence elektrycznej, prąd czerpaliśmy kablem od domu Bartników.

 

     - Jak chcesz tu zrobić centralne ogrzewanie? – pokazała na stojącą w kącie żelazną węglową kuchnię, Westfalkę, stojącą na czterech nogach. Mieliśmy na niej gotować na postojach i w podróżach.

 

      - Zobacz! – podniosłem fajerki kuchni. – Tu jest pusta przestrzeń paleniska. Naokoło paleniska zrobimy blaszany kociołek, w którym będzie ogrzewać się woda do centralnego ogrzewania. Od niego będzie rura rozprowadzać ciepło do kaloryfera pod przednim oknem, także do łazienki z wanną, wszędzie będzie ciepło.

 

     Ale musisz mieć specjalistę od centralnego ogrzewania.

 

     - Poszukam go.

 

     Znowu sprzyjało mi szczęście. Przyprowadziłem majstra, robiącego centralne ogrzewanie w domach jednorodzinnych i mieszkaniach. Zdziwił się niezmiernie, gdy zobaczył, że nie przyprowadziłem go do jednego ze zwyczajnych domów stojących twardo na nieruchomej ziemi, ale przyprowadziłem do domu stojącego na ruchomej wodzie.     

 

     Pokazałem mu, jak chcę zamontować rury. Od kuchenki, od blaszanego kociołka otaczającego palenisko, rura miała biec wysoko pod sufit, przebiegać nad drzwiami lewej burty, potem obniżać się do poziomu kaloryfera pod wielkim przednim oknem. Obok kaloryfera wiszącego na ścianie było zaplanowane miejsce na koło sterowe, zwykłą kierownicę samochodową.

 

     Kaloryfer pod oknem miał być z okrągłych rur większej średnicy, okrągłych, aby nie uderzyć się boleśnie o twardy kant przy jakimś szybkim ruchu.

 

     Od kaloryfera rura opuszczać się miała w dół, tuż nad podłogę, obiegać dalej pomieszczenie, miała biec pod drzwiami prawej burty, a dalej obok tapczanu, wejść przez szafę ubraniową do łazienki, w której miała być wanna głęboka, długości 120 centymetrów, a także wc.   Wanna nie miała być blaszana, zwyczajna, miała być żeliwna, długo trzymająca ciepło.

 

     - Majster obejrzał uważnym okiem wszystko, ściany małego domku, i wyrzekł niemiłe dla mnie słowa:

 

     - To centralne nie będzie działać. Kaloryfer grzać nie będzie, woda w rurach wokoło domku będzie zimna, a woda w kociołku będzie wrzeć, gotować się i para rozsadzi kociołek.

 

     - Dlaczego tak pan uważa?

 

     - Bo nie będzie obiegu wody. Woda w rurach dojdzie w górę pod sufit, ale spod sufitu nie popłynie w dół. Pod sufitem będzie w rurze poduszka powietrzna. Woda nie będzie krążyć, i będzie zimno.

 

     - Ma pan rację. –  Tak właśnie będzie jak pan przedstawia. Ale zabezpieczymy się. Na końcach rury pod sufitem, zamontujemy kraniki, tymi kranikami wypuścimy powietrze, poduszka powietrzna zniknie, obieg wody nie będzie zatrzymany, woda będzie krążyć.

 

     - To rozwiąże sprawę, ale nie gwarantuję dobrej skuteczności. Jeżeli centralne nie będzie działać, to będzie pana wina.

 

      - Widzisz! – wtrąciła się żona. – Pan ma rację. Centralne nie będzie działać.

 

     - Co znaczy nie będzie działać? – obruszyłem się. -  Musi działać!  Będzie grzać, bo takie są prawa fizyki. Centralne będzie grzać i będziemy mieli ciepło.

 

     Już po tygodniu w palenisku kuchni węglowej pojawił się kociołek, a potem pojawiły się na ścianach rury i kaloryfer na przedniej ścianie, gdzie była zaplanowana pracownia z biurkiem i sterówka z kierownicą samochodową, jako kołem sterowym. Musieliśmy wszystko tak zamocować, aby przy ruchu statku-domu nic się nie oderwało. Nogi kuchni węglowej też unieruchomiłem, aby się nie przesunęły. W kuchni zainstalowaliśmy ruchomy ruszt. Latem ruszt miał być w górnym położeniu, w zimie ruszt miał być opuszczany, aby mieścił więcej opału, dawał wyższą temperaturę dla centralnego ogrzewania.

 

     Zrobiliśmy próbę. Blat kuchni rozpalił się do czerwoności, bulgotała na nim zupa, czajnik z wodą podskakiwał, patelnia skwierczała skwarkami. 

 

     Majster wodził rękami wzdłuż rur, zadowolenie na jego twarzy kwitło jak wiosenne kwiaty. Promieniał zadowoleniem. Pionowa rura wychodząca od kuchni w górę była bardzo gorąca, od niej poziomo biegnąca rura podsufitowa była także gorąca. Z kraników na jej końcach wypuściliśmy powietrze, już nic nie zatrzymywało obiegu gorącej wody. Kaloryfer z okrągłych rur był niesamowicie gorący od góry do dołu, a od niego odprowadzająca rura przy podłodze też była gorąca i ogrzewała łazienkę z głęboką żeliwną wanną. Nad sedesem zamontowałem spłuczkę do spuszczania wody, a nad nią, blaszany zbiornik, w którym gromadziła się woda pompowana zwykłą pompą ręczną.

 

     Dym z kuchni węglowej nie wydostawał się zwyczajnie przez dach. Dym najpierw wchodził do kolumienki łazienkowej, takiej rury w rurze, gdzie ogrzewała się woda do zmywania naczyń i kąpieli, a dopiero potem dym wychodził przez dach w blaszanym kominie.  Ciepło było niezmierne. Za oknami było lato, wewnątrz panował upał niemiłosierny.  Wszystkie okna i drzwi musieliśmy otworzyć, aby od ciepła się nie udusić. Na pobliskim drzewie, do którego przywiązaliśmy linę naszego statku katamarana, zielone gałęzie uspokajały, ocierały się przyjaźnie o dom.

 

    Popatrzyłem zwycięsko na żonę i majstra. -  A jednak się udało!  Będzie ciepło.

 

Rozdział 11

 

   Zbliżała się jesień. Miały nadejść ponure wichry szarpiące drzewami, dachami i naszym domem na wodzie. Koniecznie należało znaleźć dla domu schronienie przed zimą. Ciche i bezpieczne, takie, aby mieć dostęp do wody pitnej, prądu elektrycznego, łatwego wydostawania się na ląd z pokładu naszego małego statku.

 

     Znalazłem takie miejsce. Przy ulicy Tama Pomorzańska była fabryka elementów betonowych. Miała wielki plac przylegający do niewielkiego kanału. Kanał łączył się z rzeką. Miejsce było pustawe, częściowo dzikie, Drzewa chyliły się ku wodzie, dawały osłonę przed jesiennym, jaskrawym jeszcze słońcem. Schowaliśmy pod nimi nasz pływający dom. Linami przywiązaliśmy go do pni nachylonych drzew.

 

     Po kilku dniach zauważyliśmy, że jesteśmy obserwowani przez zdziczałego dużego psa. Wyglądem przypominał prawdziwego wilka, zagubionego w cywilizowanej części miasta. Nasz pływający dom, katamaran, miał z przodu pokład długości półtora metra. Natomiast pokład tylny, pokład rufowy, był dłuższy, miał prawie dwa metry. Ten pokład upodobał sobie nasz wilk na nocny pobyt.

 

     Gdy wilk upewnił się, że przestaliśmy wewnątrz się poruszać, gdy już nie dochodził ze środka żaden dźwięk, żaden najsłabszy nawet szmer, wtedy zwierzę cicho i ostrożnie wchodziło na drewniany pokład, i na nim się kładło na noc. 

 

     Czasami w nocy podchodziłem na palcach do tylnych drzwi i patrzyłem przez okienko na leżący na pokładzie nieruchomy ciemny kształt. W dzień starałem się z wilkiem zaprzyjaźnić. Kładliśmy na pokładzie dla niego jakieś kąski, które znikały, gdy opuszczaliśmy dom idąc po zakupy żywności do miasta. Po powrocie rozglądaliśmy się za nim, ale uparcie chował się przed nami w niedalekich krzakach. Na nasze wołania nie reagował. Nie ufał ludziom, jak nie ufa samotny dziki wilk.

 

      W księżycowe noce, gdy na niebie nie było chmur, tarcza księżyca lśniła jaskrawo żółtym srebrem, słyszeliśmy w pobliżu jego wycie: - Auuuuuu... Auuuuu... Auuuuu...

 

     Nigdy nie dał do siebie podejść, i nigdy nie wył do księżyca na naszym pokładzie.

 

     Jesień robiła się coraz bardziej zimna i wilgotna. Można by w takiej zimnej wilgoci trząść się i żałować, że się w takiej niewygodzie znalazło. A tu okazało się, że chociaż na zewnątrz pływającego domu były paskudne warunki atmosferyczne, wiał zimny i wilgotny wiatr, to wewnątrz mieliśmy przyjemne ciepło. Ciepło było inne, jak w domach miejskich z centralnym ogrzewaniem. Mieszkańcy miasta zwalczali suchość powietrza tworzone przez centralne ogrzewanie, kładąc na kaloryferach zmoczone ręczniki albo pojemniki z wodą. Suchość drażniła gardła i płuca i zmuszała do suchego kaszlu. Tu, w pływającym domu, suchości nie odczuwaliśmy.  Dom miał wokół wodę. Woda była pod spodem między pływakami, była po bokach i była z tyłu i przodu. Wewnątrz nasze centralne ogrzewanie tę wilgotność eliminowało i sumując się razem, tworzyło oazę dobrego powietrza, odczuwane rozkosznie, gdy otworzyło się szeroko przednie lub boczne okna.

 

     A lęk przyszedł. Przyszedł lęk nieproszony z jesiennym kalendarzem. Jesienne wichry zaczęły katamaranem szarpać. Wysoko wyniesione ponad wodę ściany stawały się żaglem i trzęsły nami.  Dom pod wiatrem szarpał się i starał urwać się z lin, burta pokładu piszczała przesuwając się i przypierając do pnia drzewa. Wtedy wylatywałem ze środka przez boczne lub tylne drzwi, sprawdzać czy liny dobrze trzymają dom na uwięzi z rosnącymi na brzegu drzewami. 

 

     Pewnego dnia wiatr był tak mocny, że aż odrywał gałązki z pobliskich drzew. Rzucał je gwałtownie w wodę kanału, pchał w wiatrowym pędzie.  Podobne do wału obracały się, toczone podmuchami gdzieś w dal, przed siebie. Nie przesuwały się po wodzie, lecz toczyły jak puste beczki.

 

      Staliśmy, żona i ja, przy oknie przedniego pomieszczenia będącego też sterówką, i ze strachem czekaliśmy na moment, w którym wiatr poderwie w górę nasz dach i porwie, jak porywał obserwowane przez nas gałęzie. W pewnej chwili, patrząc na niedaleko stojący budynek, zobaczyliśmy, że jego okrągły spiczasty duży dach podniósł się w górę, jakby miał ulecieć porwany wichrem, ale opadł na swoje miejsce, wywołując w nas westchnienie ulgi.

 

*  *  *

 

     Wiatry jesienne ustały. Zbliżała się zima. Zbliżał się również czas przyjęcia do statku-domu nowego lokatora. Miało na świat przyjść dziecko. Wchodziło w świat społecznych konfliktów. 

 

     W grudniu 1970 roku w Szczecinie rozpoczęły się gwałtowne strajki robotników zatrudnionych w stoczniach i dużych przedsiębiorstwach.

 

     Rząd podwyższył ceny mięsa przed zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia. Wywołało to oburzenie i liczne strajki. Żona miała urodzić w szpitalu przy ul. Piotra Skargi. Milicja i wojsko strzelały do gromadzących się na ulicach protestujących demonstrantów, do tegoż szpitala karetki zwoziły rannych. Przebywające na porodowej sali kobiety, słyszały dobiegające z zewnątrz wyjące sygnały karetek zwożące rannych, denerwowały się, lękały o zostawione w mieście rodziny i szybciej rodziły. Wiele dzieci przyszło wcześniej na świat przez hałas i niepokojące wieści przychodzące z miasta.

 

     W pływającym domu robiłem z marchwi sok, nalewałem w butelkę i zanosiłem do szpitala. Uważnie przechodziłem ulicami, omijałem te, w których mógłbym być postrzelonym, bo nie doniósłbym drogocennego, tak potrzebnego soku. Żona przedtem przeszła badania, wykazały bardzo obniżoną hemoglobinę. Sok marchwiowy miał jej pomóc przy porodzie, dodać sił i energii. Sok marchwiowy był niezmiernie ważny.

 

     Osiemnastego grudnia urodziła się dziewczynka. Twarz miała pomarszczoną i koloru marchwi, ślad pitego przez matkę soku. Po kilku dniach zadomowiła się na statku. Nie miała kołyski, spała w niewielkim kojcu zrobionym ze sklejki przez Bartnika. Przednia i tylna ścianka miały otwory dla rąk, można było kojec z dzieckiem łatwo przenosić. Kojec z dzieckiem dostał miejsce na biurku w sterówce, niedaleko koła sterowego.

 

     Dziecko rozwijało się bardzo dobrze. Patrzyłem zaciekawiony, jak się zachowuje przy karmieniu, przy kąpieli, jak śpi. Dziecko rzadko płakało. Ale kiedy płacz dziecka trwał dłużej, wówczas wychodziłem ze statku, jedną nogą stawałem na brzegu, drugą nogą stawałem na pokładzie, i tak stojąc w rozkroku, naciskając nogą burtę, lekko bujałem naszym niewielkim statkiem. Wtedy dziecko szybko zasypiało, ufne i spokojne, jakby było bujane w normalnej kołysce.

 

     Katolickie dzieci mieszkające w zwykłych domach dostają chrzest w kościele, otrzymują imię, mają zaprzyjaźnionych rodziców chrzestnych: matkę chrzestną i ojca chrzestnego. Ja miałem dostarczyć ojca chrzestnego, matkę chrzestną miała wyszukać żona.

 

     Z wyborem ojca chrzestnego nie miałem kłopotu. Zaprzyjaźniony młody naukowiec politechniki Szczecińskiej, miał trzydzieści jeden lat

 

     - Jan Mąkowski, bez wahania przyjął na siebie rolę ojca chrzestnego nowo narodzonej Joanny, takie miała mieć imię.

 

     Ale żona z wyborem matki chrzestnej miała kłopoty. Wszystkie koleżanki z pracy jej odmawiały, nie chciały być matką chrzestną dziecka Jacka Kwiatkowskiego.

 

     Jacek – tłumaczyły – pozwał do sądu dyrekcję Polskiej Żeglugi Morskiej. Nie chcę mieć przykrości w pracy, nie chcę być zwolniona.

 

     Żona była zrozpaczona. Najlepsze koleżanki, długoletnie przyjaciółki zawiodły. Wielkie przyjaźnie nie wytrzymały próby. Lęk związania się z buntownikiem, jak mnie określały, był niebotycznie większy od jakiejś tam przyjaźni, nie przynoszącej korzyści. Przyjaźń z Jackiem przynieść mogła bolesną stratę, nie otrzymania premii, albo zwolnienie z pracy. Żadna z kobiet pracujących przedtem z żoną, nie chciała być matką chrzestną jej dziecka.

 

     Matką chrzestną bez żadnych oporów została Hanna Orska. Byłem z nią i jej mężem w długiej przyjaźni. Hanna pracowała w Zamku Szczecińskim, prowadziła dział artystyczny i plastyczny, organizowała wystawy malarzy i opowiedziała mi prawdziwą anegdotę.

 

    Zwiedzać Zamek przyjechała wycieczka z głębi Polski. Przyłączył się do wycieczki młody mężczyzna, nawiązał znajomość z jedną z młodych kobiet. Po pół roku do dyrektora Zamku zgłosiła się uczestniczka wycieczki, w zaawansowanej ciąży, żądając od zdumionego dyrektora komnaty zamkowej. Uzasadniała tym, że w czasie wycieczki poznała Księcia Zamku, Książę obiecał jej jedną z komnat, gdy przyjedzie do Szczecina i oczywiście będzie potem żoną Księcia, będzie Księżną na Zamku.

 

     Dyrektor długo tłumaczył, że książęta szczecińscy od paru wieków śpią snem wieczystym w podziemiach zamku. Dlatego nie może zostać Księżną Zamkową i musi wrócić do rodzinnej miejscowości.

 

*  *  *

 

     W niewielkim kościele mieszczącym się niedaleko szpitala w dzielnicy Pomorzany zostali zarejestrowani rodzice chrzestni Joanny Kwiatkowskiej: Hanna Orska zamieszkała w Szczecinie przy ul. Armii Czerwonej i Jan Mąkowski zamieszkały w Szczecinie przy ulicy Jabłonkowskiej 7

 

     20 czerwca 1970 roku w godzinach rannych odbył się chrzest. Rodzice chrzestni trzymali tłumoczek z dzieckiem, rodzice naturalni stali niedaleko. Była też komunia dla chrzestnych i naturalnych rodziców. A po chrzcie była skromna uczta wewnątrz statku domu.

 

     Siedzieliśmy w czwórkę przy drewnianym stole, naturalni i chrzestni rodzice, jedząc przygotowane kanapki, popijając herbatą.  Za szafą biblioteczną, na biurku w sterówce, spało w kojcu niemowlę płci żeńskiej, cicho i ufnie, nie martwiąc się, czy dom pływający będzie dla niej szczęśliwy i zdrowy.

 

Rozdział 12

 

     Zima była mroźna. Wody kanału pokryły się grubym białym lodem. Codziennie żłobiłem wokół statku rynnę ostrzem bosaka, rynnę, która miała chronić blaszane kadłuby przez zmiażdżeniem. Pod statkiem i wokół niego grubiał lód, ale rynna miała cienką warstwę zamarzającej wody, która pękała przy każdym ruchu lodów.  Statek otoczył się własnym bezpiecznym grubym pancerzem lodowym, oddzielił się rynną od grubego, niebezpiecznego lodu w kanale.

 

     Wodę do picia, gotowania i prania pieluch dla niemowlęcia codziennie przynosiłem z odległego, około 100 metrów kranu. Brnąłem przez śnieg i błoto z dwoma wiadrami. Napełniałem wodą stojący w kącie 60 litrowy plastykowy zbiornik, z niego pompą rozprowadzana była do kranów woda ciepła i zimna. Wieczorami przychodziła pora wieczornej kąpieli dziecka.

 

     Długą na niecały metr plastykową wanienkę stawialiśmy na stole jadalnym. Siadałem obok i patrzyłem. Żona po nalaniu wody zanurzała łokieć w wodzie, dolewała ciepłej lub zimnej, a gdy stwierdziła właściwą ciepłotę, wtedy kładła dziecko na podłożonym w wanience ręczniku. Drugi ręcznik, zwinięty, podkładała pod główkę kąpanego dziecka.

 

    Dziecko w ciepłej wodzie śmiało się radośnie, machało rączkami i nóżkami, woda tryskała w górę i na boki. Matka namydloną ściereczką delikatnie obmywała wiercące się ciałko, obmywała twarzyczkę, twarzyczka uciekała na boki. Po kąpieli wodę z wanienki wylewałem do kuchennego zlewu.  Na jadalnym stole, na grubym kocu, matka kładła wykąpane dziecko otulone ciepłą pieluszką. Wtedy przychodził dla niemowlęcia przykry czas wkręcania cienkich wacików w otwory małego noska. Joanna wykręcała się, uciekała od tej operacji, ale żona cierpliwie wacikami wyciągała osadzający się na wacikach niewielki śluz.

 

     Czas płynął monotonnie, dziecko rosło i przyszedł czas, że zaczęło chodzić. Nie mieliśmy telewizora. Telewizorem dla nas było dziecko. Oczywiście trzeba było na nie uważać, jak na każde uczące się chodzić maleństwo, bronić przed ściąganiem obrusa ze stołu razem z talerzami i wszystkim, co leciało ze stołu na podłogę. Chronić przed oparzeniem o rozgrzany piec, trzymać za rączkę, ale najciekawszym dla nas obrazem było samouczenie się dziecka. 

 

     Łazienkę mieliśmy mikroskopijną. Drzwi do łazienki były ze sklejki. Joasia uderzyła o drzwi głową, uderzyła czołem. Stanęła na moment jak wryta. Czekaliśmy na płacz dziecka, ale płaczu nie było. Spojrzała bacznie na drzwi, w które uderzyła czołem, chwilę myślała, chwilę się zastanawiała, i ku naszemu zdumieniu, znowu czołem w drzwi uderzyła.    

 

     Aha! – widzieliśmy to wyraźnie, jak przebiegał u niej proces rozumienia: - to tak się odczuwa uderzenie głową o drzwi, to tak się odczuwa...!   Postała chwilę i ruszyła znowu w badawczą i odkrywczą wędrówkę po wnętrzu statku. Co z takich dzieci wyrośnie, które dokonują na sobie eksperymentów, ponownie uderzając głową o drzwi?

 

      Po mroźnej zimie przyszła upragniona wiosna. Nie mogliśmy się jej doczekać.  Wewnątrz domu-statku mieliśmy ciepło, lecz przechodzenie z wózkiem z dzieckiem przez błotny, zimowy plac było kłopotliwe. Wiosna usunęła kłopoty. Grunt stwardniał, błoto ustąpiło, drzewa obrosły listowiem nad naszym statkiem. Lód wokół statku rozpuścił się. Znowu lekki wietrzyk marszczył powierzchnię wody.

 

     Czasami coś waliło w blaszane kadłuby, na których stał dom. Zaciekawiony położyłem się na pokładzie, wytknąłem głowę nisko i zajrzałem między kadłuby. Ogarnęło mnie wielkie zdumienie!  Między nimi nie było przezroczystej wody. Woda była czarna od zalegającej tam gęstwy ryb. Były ustawione pyskami w jednym kierunku, bardzo ściśnięte, ryba koło ryby, ryba pod rybą, lekko falowały ogonami, w oczekiwaniu na wypadające z kuchennego zlewu odpadki. W zlewie myliśmy talerze, sztućce i garnki, co przyciągnęło taki tłum ryb, tłum niepoliczalny. Ryby nie były duże, miały długość od piętnastu do dwudziestu centymetrów, ale była ich tak wielka ilość, że wyglądały jak spleciony z ryb dywan. Ten dźwięk, jak uderzenie młotem, to musiało być uderzenie olbrzymiej ryby w blachę kadłuba, w pogoni za mniejszymi rybami. 

 

    Gdy było już porządnie ciepło, żona zawinęła córkę w kocyki i opuściła dom na wodzie. Chciała pokazać dziecko swojej matce, pojechać pociągiem do Ciężkowic, a dalej do rodzinnego domu, do wsi Zborowice. Ja miałem domem dopłynąć do Warszawy.

 

Rozdział 13

 

        W pokoju - sterówce, biurko tkwiło w lewym rogu, na nim stała maszyna do pisania.  Blisko, po środku ściany, było zamocowane koło sterowe, teraz na postoju nieruchome.  W przedniej ścianie były trzy okna: dwa boczne i środkowe, pod którym było koło sterowe. Środkowe okno mogłem otwierać, podwieszać pod sufit, zaczepiać do haczyka. Gdy siadałem przy biurku, do maszyny do pisania, zaraz za tymi oknami widziałem pochyłe drzewo z zielonymi gęstymi liśćmi.

 

     Na blacie biurka, po prawej stronie maszyny do pisania, leżała gazeta z artykułem o planowanej przez ministra zdrowia ustawie, o przymusowym pobycie w szpitalach psychiatrycznych.

 

    Gdybym nie miał przed sobą w oknie bujnej zieleni, uspakajającej, kojącej, uśmierzającej gniew, chyba bym się wściekł. W planowanej ustawie przewijał się podstępny ukryty zamysł, aby osadzać w szpitalach psychiatrycznych ludzi niewygodnych.

 

     Patrząc na kołyszącą się lekko za oknem zieloną masę liści, słuchając dobiegających przez otwarte okno hałaśliwych ptasich rozmów i cichych szelestów liści, głęboko się zastanawiałem, co w tej sytuacji, tak olbrzymiego zagrożenia dla wolności w Polsce, mogę zrobić.

 

      Kiedyś ujawniono dyrektora szpitala psychiatrycznego w Warszawie, jak brał łapówki od rodzin, aby ich krewnych zamykać w podległym mu szpitalu.

 

     Zaradny dyrektor miał w swoim szpitalu uwięzionych dożywotnio pacjentów, którzy psychiatrycznie byli zupełnie zdrowi, ale nie chcieli zrobić testamentu dla członków rodziny. Dyrektor po ujawnieniu tak wielkiego przestępstwa uciekł za granicę do krajów zachodnich.

 

     Inny przypadek ujawniał tygodnik Polityka.

 

     Na zebraniu podstawowej komórki partyjnej PZPR w szpitalu miejskim, zabrała głos pracująca tam kobieta. Wskazała, że w szpitalu jest korupcja, przyjmuje się na oddział osoby zdrowe, oszukuje w lekarstwach. Po zakończeniu zebrania udała się do domu, ale wieczorem przyjechała po nią karetka pogotowia i zawiozła do szpitala psychiatrycznego.

 

     Ze szpitala wypuszczono ją po pół roku. Sąsiedzi nagłośnili sprawę, przybył do niej prokurator, aby podpisała zgłoszenie przestępstwa.  Prokurator tę sprawę chciał ujawnić, obiecywał, że załatwi, że winni będą ukarani. Ale kobieta odmówiła złożenia podpisu. Uparcie twierdziła, że w sprawiedliwość przestala wierzyć.

 

     Teraz ja, mając doświadczenia w wysyłaniu listów, głęboko się zastanawiałem. Okazało się, że moje wysyłane listy do ministerstw i innych głównych urzędów jak Centralny Zarząd tego... Centralny Urząd tamtego... przestały do adresatów dochodzić. Prawdopodobnie komuś zależało, aby moje listy nie dochodziły.

 

     Zacząłem robić dwa zestawów listów. Jeden zestaw zanosiłem na pocztę, był to gruby pakiet obwiązany sznurkiem, zawierał około czterdzieści listów z przyklejonymi znaczkami. Pakiet zostawiałem urzędującej za okienkiem pocztowym panience. Przewidywałem, że wkrótce ten pakiet zostanie przejęty przez idącego za mną człowieka, że wejdzie on do kierownika poczty i zabierze listy do kontroli.

 

     Z drugim pakietem takich samych listów - wpierw upewniałem się, czy nikt za mną nie podąża - jechałem do podszczecińskiej miejscowości, tam z małego urzędu pocztowego listy wychodziły poza kontrolą. Bardzo często otrzymywałem odpowiedzi, świadczące o słuszności moich spostrzeżeń, oraz obietnice, że zostaną poważnie potraktowane. Jeden z listów o potrzebie działań przeciw powodziom, ucieszył mnie, decyzją premiera miały powstawać w każdej gminie niewielkie oczka wodne, gromadzące wodę.

 

    Teraz przed sobą miałem jeden tylko list do rozesłania, jeden, żmudnie przepisany w kilkudziesięciu kopiach. Był to list otwarty do wielu redakcji prasy i radia, także do organizacji społecznych, do proboszczów wyznań: katolickiego, ewangelickiego, prawosławnego, nawet do klubów sportowych.

 

    List dramatycznie ostrzegał. W Polsce ma być wprowadzona ustawa blokująca całkowicie wolność słowa. Na podstawie zwykłego podejrzenia będzie można każdą osobę skierować do szpitala psychiatrycznego na zwykłe uwięzienie. W zwykłym więzieniu człowiek ma możliwość spotkania się z adwokatem, może wysłać list, zobaczyć się z kimś, z rodziną. Natomiast w szpitalu psychiatrycznym jest pozbawiony praw zupełnie, może być więziony bezterminowo, nawet do śmierci, nie mając kontaktu z nikim spoza szpitala.

 

    Użyjcie wszelkich możliwości – pisałem w liście - aby do tej ustawy nie dopuścić. Tej ustawie trzeba się sprzeciwić. Jest to już ostatnia chwila, potem będzie za późno. Ustawa wejdzie w życie praktyczne, staniemy się wszyscy potencjalnymi więźniami.

 

     Planowana ustawa w Polsce miała być kopią ustawy psychiatrycznej w Związku Radzieckim, ale o tym, że będzie kopią ustawy radzieckiej, bałem się napisać.

 

      Za oknem przestały szumieć liście. Niewielki wiaterek zupełnie zanikł. Gwar ptasich rozmów powoli ustawał i wreszcie ustąpił zupełnej ciszy. Przyszedł spokojny, przez nikogo niezakłócony cichy wieczór. Odczepiłem od sufitu okno i zamknąłem je.     

 

     Zapaliłem wiszącą pod sufitem żarówkę. Od razu szyby okna zostały zaatakowane przez tysiące komarów.  Docierał do wnętrza brzęk niezliczonych skrzydeł i odgłos aksamitnych uderzeń o szybę skrzydeł małych i większych ciem.

 

     Wewnątrz pływającego domu było cicho, spokojnie i pusto. Byłem sam, mogłem spokojnie obmyślać, jak wysłać listy, aby przeszkodzić straszliwej ustawie.

 

     Następnego dnia postarałem się o firmowe koperty dużego i znanego powszechnie przedsiębiorstwa. Koperty miały duży nadruk nazwy przedsiębiorstwa w lewym rogu. Wielkie litery z nazwą i adresem przedsiębiorstwa nakazywały szacunek do wysyłanego listu.

 

     Spodziewałem się, że pracujący w urzędach pocztowych współpracownicy bezpieczeństwa nie będą chcieli zaglądać do takich szacownych kopert. Zaadresowałem koperty dużym firmowym charakterem pisma i późnym wieczorem wysłałem, ale nie z urzędującej poczty. Pod osłoną nocy przyszedłem do dworca kolejowego, tam wszedłem do paczkowni rozdzielającej paczki i worki z listami do pociągów. Pocztowcy obiecali dostarczyć mój pakiet do pociągu warszawskiego. Będą listy poza kontrolą. Nie będą zatrzymane. Listy powinny dojść.

 

     Po kilku dniach o ustawie psychiatrycznej odezwały się gazety, a potem różne instytucje i rozpoczęła się nad tą ustawą dyskusja. Po kilku tygodniach projekt ustawy psychiatrycznej został z sejmu wycofany. Udało się!

 

     Mogłem spokojnie przygotować pływający dom do podróży. Dom był bezpiecznie zbudowany, nawet gdyby się z czymś zderzył, z barką, lub motorówką, wtedy odskoczyłby w bok jak uderzona piłka, był lekki, mało zanurzony. Ale czy ma płynąć bez żadnego apelu o pokój? Chyba trzeba umieścić napis.  Napisem pokojowym kłóć w oczy, wzbudzać zainteresowania i dyskusję.  Czy będzie mi wolno umieścić napis pokojowy na ścianach bocznych? Czy nie będę aresztowany za zbyt śmiałe, jak na tamte czasy figle polityczne?

 

     Wysłałem zapytanie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, czy mogę płynąć z napisem Pokój dla naszych dzieci w języku polskim i esperanto. Musiałem w Ministerstwie wprawić wiele osób w konsternację, ale przyszła odpowiedź po kilku zaledwie dniach, iż płynięcie z takim napisem, to moja prywatna sprawa.

 

     Miałem przepłynąć odcinek Odry od Szczecina do rzeki Noteć. Płynąć miał ze mną Przemysław. Będąc pasażerem na statku Lublin, uratował mi życie, gdy napromieniowałem się radarem okrętowym. Ratując mnie, sam napromieniował się ode mnie. Z mężczyzny pełnego zdrowia przeistoczył się w schorowanego człowieka. Gdy chodził, podpierał się laską.

 

     Usiadł wewnątrz domu przy stole, popijał herbatę z kubka i patrzył, jak podnoszę klapę w podłodze i znikam w kadłubie. Po chwili podałem mu niewielki, przyczepiany do łodzi mały motorek benzynowy, amerykańskiej firmy Evinrude, z napisem na obudowie:  1932 rok.  Bardzo lekki, ważył może cztery kilogramy.

 

     - Tym malutkim motorkiem chcesz poruszać swój dom? – Z niedowierzaniem zapytał. -  Śruba napędowa nie jest większa od mojego palca.

 

     - Nie mam większego. Chociaż jest malutki, ma pół konia mocy, ale gdy dom się rozpędzi, płynie z prędkością ponad cztery kilometry na godzinę. Zaraz motorek zamocuję na rufie i przygotuję do podróży.

 

     Odwiązaliśmy liny od drzew i uruchomiłem silnik. Przeszedłem na przedni pokład. Tu mogłem stać na zewnątrz, przed sobą miałem przestrzeń, za plecami otwarte okno sterówki. Wsunąwszy przez okno rękę, położyłem ją na kole kierownicy. Od kierownicy biegły stalowe linki do sterów na tyle statku, na rufę. Kręcąc kołem mogłem kierować ruchem domu-statku.

 

     Przed nami rozległa się wodną przestrzeń, po której przesuwać się mieliśmy bardzo wolno, ale bez przerwy, aby dotrzeć do dworca PKP w Szczecinie.

 

     Gdy przycumowaliśmy dom na wodzie przed dworcem PKP, zaczął przyciągać zainteresowanych. Budził sensację swoim prostokątnym kształtem, dużymi oknami, a szczególnie niewielkim silniczkiem przyczepnym. Jego wielkość ginęła w porównaniu z wielkością domu. Zainteresowanie wzmagał też namalowany napis na bokach statku: Pokój dla naszych dzieci. Był też wielki płócienny transparent po obu bokach, z napisem PACON AL NIAJ INFANOJ.  Pacon al niaj infanoj” w języku esperanto to w języku polskim: „pokój dla naszych dzieci”. Transparent był wysoki prawie na metr, długości był dziesięciu metrów. Był widoczny z dużej odległości. Motorówki, jachty i barki zwalniały, żeby przyjrzeć się domowi z transparentem w obcym, niezrozumiałym języku.

 

     Gdy mieliśmy odcumować od nabrzeża przy dworcu PKP, zgromadziła się na brzegu niewielka grupka ludzi.  Śmiali się z naszego niewielkiego przyczepnego motorku. – Przecież ten motorek nie ruszy tego domu, nie ma mowy, aby go popchnął. - Hahahaha -  rozlegały się kpiny i prześmiechy z górującego nad nami tłumku stojących na nabrzeżu ludzi.

 

     Niezrażony lecącymi od brzegu kpinami i szyderstwami, ukląkłem nad motorkiem, założyłem sznurek na kole rozruchowym, szarpnąłem i motorek zaskoczył. Cichutko pyrkał. Wylot spalin miał pod wodą, jego pracy prawie nie było słychać. Przeszedłem znowu do przedniej ściany, na przedni pokład, znowu przełożyłem rękę przez okno i ująłem kierownicę. Statek jeszcze nie drgnął, tłumek szyderców triumfował. Dalej słyszałem śmiejących się z nas ludzi. Dom był ustawiony dziobami pod prąd Odry, w kierunku naszej podróży. Prąd rzeki był tak niewielki, że rzucona przeze mnie zapałka ledwie się przesuwała, kiwając się na marszczącej się wodzie. Ale po kilkunastu sekundach, gdy lekko pokręciłem kołem w lewo i dom na wodzie zaczął odsuwać się od brzegu, od zgromadzonych szyderców, mijać ich powolnie, zmuszając ich do powolnego spaceru, aby nam powolnie towarzyszyli. Śmiech szyderców zamilkł, zobaczyli, że naprawdę dom płynie.

 

     Odwróciłem się do wnętrza. – Łap Przemku koło sterowe, idę do kuchni robić obiad.

 

     Pływający dom, samowystarczalny dom, to latem prawdziwa przyjemność. W kuchni mogliśmy gotować na trzech energiach. W czasie postoju przy nabrzeżu, gdy podłączaliśmy kabel elektryczny, gotowaliśmy na kuchence elektrycznej. Mogliśmy na kuchence gazowej, mogliśmy w kuchni Westfalce na węglu lub drzewie.

 

     Najsmaczniejsze potrawy były na ogniu z drzewa, na drugim miejscu z węgla, na trzecim z gazu, na czwartym z elektryczności. Teraz płynąc pod prąd Odry, mijając powoli domy, potem puste nadrzeczne łąki, gotowaliśmy na kuchni gazowej.

 

     Przemek sterował stojąc w przednim pokoju sterówce, ja w środkowym pokoju obierałem ziemniaki, skrobałem jarzyny, gotowałem, doprawiałem a potem zajadaliśmy gęstą zupę z przeważającą ilością cebuli. Przemek wracał do życia, nabierał sił i energii. Wieczorem zaczepialiśmy linę do rosnącego nad wodą drzewa, dom nieruchomiał i rozmawialiśmy o Sprawach Polskich. Przemek, adwokat szczeciński, przeze mnie stracił zdrowie, był pesymistą. Miał dużą wiedzę prawniczą, która skłaniała go do przekonania, że zrobić w Polsce takie przemiany, aby Polacy byli z przemian zadowoleni, wydaje się wprost niemożliwe.

 

     Siadaliśmy na tylnym pokładzie na wystawionych krzesłach, patrzyliśmy na nieruchomy brzeg Odry i staraliśmy się nawzajem przekonywać do swoich racji.

 

     - Czy nie zdajesz sobie sprawy – mówił Przemek, - że Polska jest w złej sytuacji geograficznej, przez to jest niesamodzielna, a po drugie, podkreślam, Polacy mają taki charakter, że nie potrafią się sami rządzić? 

 

     - Nie zgadzam się z tobą! – odpowiadałem. – Wszystko zależy od przepisów. Gdy przepisy będą mądrze sporządzone, państwo będzie musiało być mądrze i dobrze zarządzane.

 

     - A kto będzie pilnował tych mądrych przepisów? – odpowiadał uparcie.

 

     - Musi być przepis, który nakazuje przestrzeganie przepisów – nie ulegałem. - Trzeba tak zrobić, aby przestrzegane były przepisy dobre, natomiast złe przepisy należy usuwać. I to trzeba zrobić.

 

      Adwokat Przemek tkwił przy swoich racjach, ja przy swoich, ale w ciągu dnia, już od porannego świtu, stawaliśmy do obowiązków marynarzy pływającego domu.

 

     Żegluga na rzece nie jest trudna dla łodzi mającej mocny silnik, albo dobre żagle. Ściany domu były dużym żaglem, i przy większym wietrze dom dryfował na boki, albo dobrze płynął, gdy miał wiatr z tyłu. Teraz, przy ciepłej, przyjaznej pogodzie dom sunął po wodzie jak nieustępliwa skała: naprzód, naprzód, naprzód. Ale gdy rzeka zaczęła się zwężać, jej nurt przybierać na chyżości, wtedy dom zaczął zwalniać i nawet przestał posuwać się do przodu. Przestał pokonywać kilometry. Chociaż śrubka silniczka obracała się bez przerwy, dom stanął w rzece, znieruchomiał. Miał przeciw sobie zbyt silny prąd.

 

     Należało zmienić taktykę poruszania domu po wodzie. Przyszedł nam z pomocą system rozmieszczonych ostróg. Ostrogi są to budowane z kamieni półwyspy, wychodzące z brzegu ku środkowi rzeki, prostopadłe do rzeki, wąskie i długie na kilkanaście a nawet kilkadziesiąt metrów. Ostrogi buduje się po to, by pogłębiały rzekę. Prąd koło nich jest bardzo silny i wymywa koło nich grunt, tam jest głębiej, mogą tam żeglować obciążone barki.

 

     Ostrogi często są oddalone od siebie o sto i więcej metrów, między nimi jest szmat wody spokojnej, wolnej od szybkiego nurtu, a nawet tworzy się między nimi odwrotny prąd, jak w lejku.

 

     Ten odwrotny prąd zaczęliśmy wykorzystywać.  Kierowałem dom jak najbliżej ostrogi, wjeżdżałem domem w obszar wody zakręcanego odwrotnie lejka. Tam wewnątrz, między ostrogami, nabierał dom zwiększonej prędkości. Dom ważył przeszło pięć ton, nabierał inercji, nabierał prędkości, kierowałem nim tak, aby przesuwał się jak najbliżej ostrogi, jednak ostrogi nie zaczepiając, po czym po minięciu ostrogi w rozpędzie kierowałem dom ponownie w obszar następnego lejka, i tak mijając jedną ostrogę po drugiej, pokonywaliśmy kilometry rzeki, aż do spotkania płynącej w górę rzeki barki. Marynarze doczepili pływający dom do swojej długiej burty, i po niedługim czasie mogliśmy zacumować w mieście Kostrzyń. Stąd miałem skierować dom na wody Warty.

 

Rozdział 14

 

     Przemek, mężczyzna średniej tuszy, średniego wzrostu, szatyn, o kpiących tajemniczych oczach, nie był zwyczajnym adwokatem. Chociaż prowadził kancelarię prawną, w której miał klientów najzwyklejszych w świecie, to miał również tajemnicze uprawnienia związane z obroną żołnierzy. Nigdy nie chciał ze mną rozmawiać na te tematy. Jego tajemnice szanowałem. Ja też przed nim skrywałem jedną tajemnicę.

 

     Moja sprawa z sądu szczecińskiego przeniosła się do Sądu Najwyższego w Warszawie. Sprawa stawała się polityczna przez to, że pozwałem jedenaście znaczących osób, zarzucając im opieszałość i i lekceważenie mojej osoby. Opieszałość nie była polityczna, lekceważenia też nie można było traktować, jako polityczny objaw, ale ilość osób, pracujących w przedsiębiorstwach ważnych dla regionu, stworzyło tło szarpania politycznego, naruszania systemem zarządzania państwem. 

 

     Zanim wypłynąłem pływającym domem ze Szczecina, w tajemnicy przed wszystkimi, także przed Przemkiem, pojechałem pociągiem do Warszawy, aby dowiedzieć się w sekretariacie Sądu Najwyższego, kiedy będzie moja rozprawa. Dowiedziawszy się terminu, wróciłem cichutko do Szczecina, mając nadzieję, że służby, które tak troskliwie dbały o moją korespondencję, nie zwrócą uwagi na moją warszawską podróż, albo ją zlekceważą. Jakiż byłem naiwny... 

 

     Pływającym domem dotarliśmy do miasta Kostrzyń nad rzeką Warta. Na dworcu kolejowym w poczekalni wisiał na ścianie aparat telefoniczny.

 

     Pomieszczenie było puste. Pod ścianami tkwiło kilka ławek do siedzenia. Za oknami widniały zielone drzewa obsypane kwiatami. Wsparłem łokcie na parapecie, czołem oparłem się o gładką chłodną szybę. Mimowolnie słuchałem rozmowy telefonicznej Przemka.

 

     - Tak, dopłynęliśmy... Jesteśmy w Kostrzyniu... Nie...  Nic nie wie...  Tak, wyjeżdżam do Szczecina... Tak... Na pewno nic nie wie...

 

     Usłyszałem dźwięk zawieszanej słuchawki, ale jeszcze nie

odwróciłem się. Patrząc przez okno na plac przed dworcem, utrwalałem zasłyszane słowa, których zrozumienie odkładałem na później.

 

     Przemek odjechał do Szczecina, ja popłynąłem domem w górę Warty. Usłyszane słowa: - nic nie wie... na pewno nic nie wie... Kojarzenie Przemka adwokata z jego tajemniczym zachowaniem się, gdy rozpytywałem o jego związki z rozprawami przed sądami wojskowymi, zaczęło nabierać tła materii przykrywającej tajemnicę. „ Nic nie wie... na pewno nic nie wie...”  Tajemnicę, której nie mogłem rozwikłać teraz, kierując domem pod prąd bardzo leniwie płynącej Warty.

 

     Wieczorami zaglądałem do podręcznika Esperanto i słownika języka Esperanto. Dobrze mocując linę do rosnącej na brzegu rzeki wierzby albo olchy, zamykałem okna, aby uchronić się przed komarami; zapalałem świecę i starałem się uczyć esperanckich słówek. Według opinii, język esperanto jest najłatwiejszym językiem na świecie. Twórca języka, lekarz białostocki Ludwik Zamenhof, poskładał wiele języków, zrobił najłatwiejszą gramatykę, i miał to być dla mnie najłatwiejszy język do nauczenia się go w czasie mojej podróży rzekami i kanałami przez duży szmat wody. Niestety, musiałem przyznać się do lenistwa.  Zabierałem się do podręcznika, czytałem wstęp, jaki to jest wspaniały i łatwy język, przyglądałem się słówkom, i w błyskawicznym tempie zasypiałem.  Nic z esperanta nie chciało mi wejść do głowy, chociaż wzdłuż burt wisiały wielkie transparenty w języku esperanto PACON AL NIAJ INFONAJ.

 

      Płynący holownikiem marynarze zaoferowali pomoc w szybszym dotarciu do celu. Przymocowaliśmy dom równo z holownikiem, bok w bok, po marynarska burta w burtę. Drzwi mojego domu znalazły się obok drzwi sterówki holownika, mogłem bez trudności wchodzić do ich sterówki, oni bez przeszkód wchodzić do mego domu, oglądać wnętrze, jak urządzona była kuchnia, łazienka, sterówka i koło sterowe zrobione z kierownicy samochodowej. Stanąłem w ich sterówce, obok stał sternik kręcąc prawdziwym kołem sterowym, z tyłu na ławeczce siedział kapitan, rozmawiałem i odpowiadałem na pytania zaciekawionych moją podróżą.

 

     - Co to znaczy pacon al niaj infanoj, w jakim to jest języku? Chińskim?

 

     - To w języku Esperanto. Esperanto to najłatwiejszy na świecie język. Kilka tygodni i człowiek mówi jak własnym rodzonym - agitowałem. – Esperanto jest językiem sztucznym, posklejanym z innych języków i przez to nadzwyczajnie łatwy do nauki. Zaraz wam przyniosę słownik, sami zobaczycie, jaki to łatwy język!

 

     Wyszedłem ze sterówki, przesadziłem (reling) ogrodzenie pokładu holownika, chroniące przed wpadnięciem do wody, przesadziłem ogrodzenie mojego statku, na którym wisiał transparent i podszedłem do biurka, aby wziąć z niego książkę. Wśród nich miałem też skrócony słownik języka polskiego. Kto zagląda do słownika to wie, że słowa są uszeregowane alfabetycznie, zaczyna się od litery A, potem słowa na B, potem na C i tak przez cały słownik. Obok leżał słownik esperancki oraz samouczek esperanta. Popatrzywszy przez szerokie okna mojej sterówki jak mijamy brzegi, zabrałem książkę i wróciłem do sterówki holownika.

 

     - Proszę przyjrzeć się temu słownikowi – powiedziałem do kapitana i wręczyłem mu książkę. -  Jaki łatwy.

 

    Oparłem się o framugę drzwi.  Sterujący holownikiem patrzył uważnie przed siebie.  Rzeka w tym miejscu robiła zakręt, musiał uważnie sterować, aby nie wpaść na mieliznę holownikiem i przyczepionym do niego moim domem.

 

     Z tyłu, od ust kapitana, usłyszałem zachwyt. – Jaki łatwy język. Rzeczywiście mówił pan prawdę. To niesłychane, aby był tak łatwy język. Przecież w tym słowniku jest mnóstwo słów polskich, wszystkie są polskimi. Mówi pan, że do słowa tylko doda się końcówkę esperancką i od razu można rozmawiać z każdym na świecie? To aż nieprawdopodobne. Słowa na O: obiad, obie, albo na C:  cebula, czosnek, albo też na D: drzewo to jak po polsku. Bardzo łatwy język powiedział z uznaniem kapitan. 

 

     Tu się zaniepokoiłem. Esperanto ma być językiem łatwym, ale żeby był aż tak nieprawdopodobnie łatwym, to chyba za daleko powiedziane przez kapitana holownika.

 

     Spojrzałem na jego uduchowioną wprost twarz, a potem na trzymany przez niego słownik. Nie! To NIEMOŻLIWE!!! Co ja zrobiłem?! Co dałem do ręki kapitanowi holownika, temu szlachetnemu, dobrodusznemu jak dziecko człowiekowi. Człowiekowi, który mi pomagał! A ja go..., a ja go..., a ja go oszukałem. Zamiast słownika esperanto, dałem mu przez pomyłkę słownik języka polskiego. Słownik polski.  O Boże! Utopię się! Nie przetrzymam tej hańby!

 

     Spojrzałem w bok przez drzwi i oceniłem skok do wody! Tu chyba wyskoczę za burtę, wypadnę w wodę, popłynę do brzegu, niech oni płyną, niech mój dom płynie z nimi, ja tej hańby nie prze-trzy-mam! Będę na brzegu suszył zmoczone ubranie, a potem wywędruję gdzieś daleko. Ucieknę od tego, co spotkało słownik języka polskiego, który pokazałem, jako esperancki.

 

     Takie właśnie myśli biegły mi przez głowę jak najszybsze ekspresy świata. Jednak marynarski, morski nawyk opanowywania emocji, choćby najstraszniejszych, wziął górę.

 

     - Och!  Panie kapitanie – przepraszam... Pomyliłem słowniki. Dałem języka polskiego zamiast esperanckiego.

 

     - Nic nie szkodzi - odpowiedział nie zrażony kapitan. Proszę przynieść esperancki słownik. Z chęcią się z nim zapoznam.

 

Rozdział 15

 

     Pływający dom przy burcie holownika przepłynął odcinek Warty, potem wpłynął w rzekę Noteć. Załoga holownika została przekonana do wartości Esperanto, międzynarodowego języka pokoju. W wielkiej przyjaźni dotarliśmy razem do Czarnkowa, leżącego nad rzeką Noteć. Tu się rozstaliśmy. Holownik zabuczał syreną i pomknął w górę rzeki, ja pomachałem ramionami jak wiatrak i umocowałem kotwicą statek do brzegu.

 

     Wkrótce zaczęły przybywać dzieci. Zaciekawione wystającym na wodzie domem nad pobliska łąką, cicho, lękliwie, z podrapanymi kończynami, niektóre miały nosy zasmarkane. Chodziły wzdłuż statku, jedne swobodnie czytały napis transparentu, inne z trudem sylabizowały :  p  a  c  o  n... Gdy minął wieczór, noc i przyszedł ranek, wraz z unoszącym się słońcem, gdy rozlał się ciepły słoneczny dzień, od niedalekiej szkoły nadszedł niezapowiedziany uroczysty pochód młodzieży szkolnej, kierując się w kierunku statku.

 

     Stanęli obok wystającego nad wodą domu. Towarzyszący im nauczyciel wyjaśnił napis wiszący na relingu, ogrodzeniu bocznym statku, opowiadał o Esperanto, że jest językiem międzynarodowym wynalezionym przez polskiego lekarza Ludwika Zamenhofa.

 

     A potem musiałem otworzyć boczne drzwi sterówki, i umożliwić wszystkim zwiedzanie wnętrza domu statku.

 

     Młodzież zaglądała wszędzie i wszystko się podobało. Ach! - jaka wspaniała łazienka! Ach! - jaka wspaniała kuchnia! Ach! - jaki wspaniały stół do jedzenia. Ach - jaki wspaniały komin. Ach! - jaka kierownica sterowa – tu każdy uczeń, każdy! - musiał pokręcić nią w obu kierunkach, popatrzeć przez otwarte okno w sterówce, tam oglądał leżącą kotwicę - ach, jaka wspaniała...

 

     Następnego dnia przychodzić zaczęły dzieci ze swoimi cennymi, ulubionymi przedmiotami, abym je powiesił gdzieś wewnątrz. Przybijałem gwoździkami sznureczki, do sznureczków wiązaliśmy lalki bardzo ładne, przystrojone w kolorowe sukieneczki, pajacyki, lalki z jednym okiem albo jedną ręką. Były laleczki z gałganków i było kilka samolocików z kartonu. Wieszałem wszystko, co mi z całego serca dawały. Sprawił to napis: Pokój dla naszych dzieci. Ten napis łapał serca dzieci małych, dzieci dużych i starszych ludzi o dziecięcych duszach.

 

     Pokój dla ludzi, pokój dla dzieci, pokój dla wszystkich, tak bardzo oczekiwany, wytęskniony, pokój dla całego świata, a on, tak potrzebny, nie nadchodził. Zamiast zbrojeń – powinny być zbiorniki przeciwpowodziowe, zamiast bomb – lekarstwa, likwidacja chorób trapiących ludzkość. Pokój, pokój, pokój! To trzeba zrobić!

 

     Zacząłem wysyłać do Polskiego Radia w Warszawie krótkie relacje ze swojej podroży. Polskie Radio nadawało na krótkich falach audycje dla zagranicy w kilku językach. Nadawało także w języku Esperanto. Kierownikiem reakcji esperanckiej był Andrzej Pettyn, oddany idei Esperanto całą duszą. Moje listy, króciutkie reportaże tłumaczył na język Esperanto i wysyłał w świat. W każdej audycji esperanckiej wysyłanej na cały świat z przez Polskie Radio było wspomniane przesłanie „Pokój dla naszych dzieci”.  Była to dobra robota przynosząca skutek. Po jakimś czasie prasa doniosła, że w Helsinkach odbył się szczyt, na którym prezydent USA wygłosił przemówienie akcentując potrzebę pokoju dla naszych dzieci. A więc rozgłaszane przez Polskie Radio „Pacon al niaj infanoj” odbiło się w całym świecie.

 

     Było to możliwe dzięki ofiarnej pracy kilku esperantystów w Europie. Założyli esperanckie agencje prasowe. Słuchali audycji radiowych w języku esperanckim nadawane przez różne państwa. Słuchali także audycji esperanckiej z Polskiego Radia. Zaciekawiała ich podróż pływającego domu z esperanckim hasłem Pacon al niaj infanoj. Usłyszane wiadomości tłumaczyli na swoje języki i wysyłali do agencji prasowych różnych krajów. Gdy na kilka dni opuściłem dom i przyjechałem do Szczecina, spotkany kolega marynarz powiedział mi, że prasa chińska pokazała fotografię pływającego domu i napisała o podróży z ideę pokojową.

 

Rozdział  16

 

     Jak zając, który kluczy przed myśliwymi, aby dotrzeć do celu, podobnie czułem się ja. Nikomu nie zdradzałem, że znam datę mojej rozprawy w Sądzie Najwyższym i będę w tym dniu w Warszawie. Wyszukałem dobre miejsce dla schowania pływającego domu, mocno uwiązałem liny, aby prąd wody, chociaż niezwykle powolny, domu nie przeniósł w miejsce, gdzie nie mógłbym go odnaleźć. Miałem nadzieję, że nikt mnie nie zobaczy, gdy o świcie dotrę do pociągu, dotrę do Warszawy i stawię się na rozprawę w Sądzie Najwyższym.

 

    W sądzie, obok drzwi wejściowych do sali rozpraw, wisiała kartka z kolejnością rozpraw. Były na niej nazwiska uczestników i czego dotyczyły. Każda rozprawa dotyczyła ubezwłasnowolnienia. Na tej karcie było również moje nazwisko.

 

     Drzwi otwierały się miarowo. Z sali wychodził mężczyzna wywołując kolejne osoby. Wreszcie przyszedł mój czas. Gdy miałem wejść na salę, mężczyzna ze zdumieniem spojrzał na mnie jak na ducha, potem na trzymaną kartkę, potem znowu na mnie i kazał przedstawić sobie do wglądu dowód osobisty.

 

     Wydobyłem z kieszeni, podałem mu.

 

     - Skąd pan wiedział, że będzie pana sprawa? – zapytał i przepuścił mnie do wnętrza.

 

     Za stołem zobaczyłem siedzących trzech sędziów. Nie oderwali oczu od leżących przed nimi papierów. Jeden z sędziów spojrzał na mnie i zapytał o imię i nazwisko. Gdy odpowiedziałem, powoli oznajmił, przez co domyśliłem się, że mi skrycie sprzyja: - rozprawa jest odroczona! O terminie zostanie pan powiadomiony.

 

     Wychodząc z sądu na dzienne światło ulicy, przypomniało mi się dziwne zachowanie Przemka adwokata, który prowadził sprawy cywilne i sprawy związane z wojskiem. Jego tajemnicza rozmowa telefoniczna na dworcu kolejowym: - „Nic nie wie... na pewno nic nie wie”... teraz nabrała dla mnie sensu.  Dopiero teraz mogłem zrozumieć pytanie zadane przez wpuszczającego mnie do sali rozpraw mężczyznę: - „Skąd pan wiedział, że będzie pana sprawa?”

 

     A więc miałem być zaocznie przez Sąd Najwyższy ubezwłasnowolniony, i Przemek o tym wiedział.

 

     Uświadomiłem sobie, jak straszną torturę musiał przechodzić.  Na polecenie jakichś tajemniczych sił musiał przede mną udawać, że nic nie wie o mojej sprawie w Sądzie Najwyższym. Wiedział doskonale o terminie rozprawy, wiedział, że miałem być zaocznie przez sąd ubezwłasnowolniony, ale nie mógł się zdradzić przede mną. Godził się z moim ubezwłasnowolnieniem.

 

     Jak w kotle, w którym wrze woda, tak w Przemku musiały przełamywać się strach niewykonania polecenia z wyrzutami sumienia.

 

     Usłuchał posłusznie ludzi, którzy mieli olbrzymie wpływy w Polsce, rządzili Polską, wydawali polecenia nie tylko adwokatom, mogli wydawać polecenia nawet sędziom Sądu Najwyższego.

 

     Opuściłem Warszawę, wróciłem do uwiązanego domu. Wyciągnąłem z kadłuba przyczepny motorek Evinrude, zamocowałem go na rufie. Ściągnąłem liny z drzew, uruchomiłem motorek. Miałem do przebycia wiele śluz, aby dotrzeć do Wisły.

 

Rozdział  17

 

    Gdyby mi się przyśniło, że siedzę wygodnie w latającym fotelu i podróżuję ponad ziemią oglądając rozległe przestrzenie, to po rannym obudzeniu czułbym żal i zawód, że sen tak miły, przestał trwać. A to był sen, który chciałbym nadal śnić o tej beztroskiej i wygodnej podróży. Teraz na jawie, patrząc przez przednie duże okna swojego domu na wodzie, powoli przemieszczając się, pokonując bez miejskiego hałaśliwego pośpiechu szlak wodny od Odry do Wisły, trzymając swobodnie rękę na kierownicy, czułem się, jak w tym śnie. Środkowe okno podwiesiłem pod sufit, od rozległych łąk, zdawało się, łąk bez końca, dopływał miły zapach traw i ziół i słychać było glosy przeróżnych ptaków. Czasami przed sunącym leniwie domem zrywały się do lotu stada kaczek i nurków, chowając się w przybrzeżnych trzcinach.

 

     Na tym szlaku wodnym, prąd wody prawie nie istniał. Woda została ujęta w karby śluz. Gdyby ich nie było, woda miałaby swój nurt, który z trudem pływający dom mógłby przezwyciężać. Śluz było wiele, pełniły rolę schodów. Od śluzy do śluzy ślimaczym pędem powoli zbliżałem się do miasta Bydgoszcz, gdzie był wododział, i skąd śluzy miały opuszczać dom na wodzie niżej i niżej, do Brdyujścia, do poziomu Wisły.

 

    W Bydgoszczy zacumowałem dom w samym centrum. Wzbudził tak duże zainteresowanie, że następnego dnia dwie gazety bydgoskie zamieściły fotografię i napisały o statku, który jest domem, i propaguje pokój dla naszych dzieci.

 

     Czasem długo musiałem czekać na otwarcie śluzy. Śluza wypuszczała ze swego wnętrza barkę, potem gościnnie czekała na dom. Kierowałem dom do środka, zaczepiałem linę do żelaznych polerów zamontowanych w bocznych ścianach śluzy.  Woda w śluzie burzyła się gwałtownie, wypływała od jej dna, dom wtedy skakał jak opętany, musiałem bardzo uważnie trzymać go na uwięzi, przyczepiony do poleru w ścianie, a gdy dom podnosił się z wodą coraz wyżej, przeczepić szybko linę do następnego wyższego polera.

 

     Potem wrota śluzy otwierały się szeroko, uruchamiałem malutki silniczek Evinrude, znowu przez okno napływały zapachy traw i ziół, znowu dolatywały głosy ptaków, znowu przesuwały się wolno ukwiecone łąki.

 

     Przed jedną ze śluz zacząłem odczuwać niepokój. Stale narastał, i narastał, wreszcie niepokój wzrósł tak, że zacząłem się bać, bez widocznego powodu.     

 

     Czasem samotni żeglarze na oceanie, w długiej podróży, gdzie mają za towarzyszy burze morskie albo długotrwale cisze, gdy żagle nie otrzymują najlżejszego powiewu, ni stąd ni zowąd zobaczą na pokładzie jachtu obcego człowieka. Żeglarze samotni opisywali, że widok pojawiającego się człowieka dodawał im otuchy, że przybysz był na pokładzie jachtu do czasu, aż zagrożenie minęło.

 

   Teraz ja odczuwałem zagrożenie, jakieś niebezpieczeństwo. Na spokojnej, dotąd leniwie płynącej wodzie, pojawił się nagle niezwykłe szybki nurt, który niósł na swoim grzbiecie mój dom w szalonym pędzie. Wyszedłem pospiesznie przez boczne drzwi, na przedni pokład, skąd przez otwarte okno mogłem ująć kierownicę, koło sterowe statku-domu.

 

    Brzegi po obu stronach wody uciekały w tył coraz szybciej. Była to szybkość znaczna dla domu na wodzie. Szybkość za duża. Stałem jak wryty, patrzyłem przed siebie, patrzyłem na boki, zerkałem na wiszącą na pokładzie kotwicę. Rzucić kotwicę? Zatrzymać statek-dom? On się wkrótce rozbije w tym pędzie! Wpadnie na niewidzianą jeszcze przeszkodę i roztrzaska się na części! Co zrobić? Co zrobić? – myśli jak błyskawice drążyły świadomość – zatrzymać dom...  nie zatrzymać... zatrzymać!?

 

     Wtem koło mnie, z mojej prawej strony, pojawił się nagle człowiek. Pojawił się z nagła i stał jak ja, stał na przednim pokładzie, oddalony ode mnie półtora metra, stał nieruchomo, patrzył w dal przed siebie. Dłonią osłaniał oczy przed jaskrawymi promieniami słońca. Słońce było przed nami, trochę oślepiało.

 

     Był niższy ode mnie o pięć centymetrów, ubrany zwyczajnie, bez czapki. Uważnie patrzył przed siebie, a jego nagłe zjawienie się na przednim pokładzie, zamiast mnie przestraszyć, wyrzuciło ze mnie jak z otwartego pudła lęk, obawę, przestrach, które panicznie we mnie przedtem wtargnęły. Nagle przestałem się bać. Ogarnęło mnie całkowite poczucie bezpieczeństwa i głębokie zaufanie.

 

     Prąd nie malał. Był nadal silny. W pędzie zobaczyłem przed sobą rosnące wielkie wrota zamkniętej śluzy. Wysokie, szerokie, zbliżały się niebezpiecznie szybko. Błyskawicznie zrzuciłem kotwicę z pokładu, zanurzyła się z głośnym pluskiem, zniknęła w toni, sznur szarpnął, dom stanął jak wryty. I wtedy człowiek zniknął nagle, jak się nagle pojawił. Znowu byłem sam.  Czy był to być duch opiekuńczy żeglarzy? A może był to mój osobisty anioł stróż? Dziwne i tajemnicze są sprawy duchów.

 

     Ten nagły, szybki prąd wody był wywołany przez śluzę. Jak ryba połyka wodę, tak śluza otworzyła wielkie zawory, napełniała śluzę, wyrównywała poziom wody. Gdy wrota się otworzyły, mogłem wpłynąć domem do wnętrza, wrota za mną zamykały się.  Gdy woda w śluzie opadła kilka metrów niżej, przeciwległe drugie wrota otworzyły się, można było podjąć podróż. Pożegnać Brdę, wejść w nurt rzeki Wisły, największej Polskiej rzeki.

 

     Znowu marynarze barek i holowników pomagali podróżować po Wiśle.  Chętnie przywiązywali pływający dom do burt swoich statków.  W Toruniu miejscowi esperantyści odwiedzili dom, w ich klubie opowiedziałem o przebiegu rejsu z hasłem w języku esperanto Pacon al niaj infanoj – pokój dla naszych dzieci.

 

     Gdzie mogłem wykorzystać postój, zacumować bezpiecznie dom-statek przy brzegu, w miastach szukałem Domu Kultury, we wsiach biblioteki wiejskiej spełniającej rolę domu kultury. Oferowałem wygłoszenie prelekcji na morskie tematy. Prelekcje zasilały mój skromny budżet, za zarobione pieniądze kupowałem żywność i benzynę do przyczepnego motoru. Czasem na moje oferty bezradnie rozkładano ręce i odpowiadano: - nie mam budżetu. Wtedy wygłaszałem prelekcje za darmo.

 

     Odwiedzałem też proboszczów katolickich na plebaniach. Wielu okazywało żywe zainteresowanie moją podróżą, a jeden zaproponował, abym w kościele z kazalnicy opowiedział o znaczeniu akcji pokój dla naszych dzieci, Dzisiaj żałuję, że przez nieśmiałość, nie skorzystałem z propozycji zacnego księdza proboszcza.    

 

    W mieście Włocławek, gdzie była wielka zapora na Wiśle, też szukałem możliwości wygłoszenia prelekcji i zarobienie na żywność. W Wojskowym Ośrodku Kultury kierownik zgodził się chętnie, zaprosił na obiad w kantynie i o ustalonej godzinie miałem się stawić w sali klubowej. 

 

     Wnętrze było duże. Rozglądając się wokół, zobaczyłem wchodzące spokojnie szeregi żołnierzy, spokojnie zajmujących miejsca w rzędach foteli. Widownia zapełniła się całkowicie. Gdy wszedłem na scenę, ujrzałem siedzący przede mną tłum, mogło być 700-800 osób. Jak ja ich zainteresuję? Taką dużą liczbę?

 

     Byli autentycznie zainteresowani. Nikt nie ziewał, nie tupał, nie gwizdał. Zainteresowanie morzem było widoczne.

 

     W czasie prelekcji nie mogłem stanąć nieruchomo. Musiałem, chodzić. Ożywiałem swoim ruchem scenę. Nie mogłem stać i mówić, bo gdybym znieruchomiał, moje tętno zaczęłoby zwalniać i przestałbym widzieć ludzi na widowni.

 

      Przeszło godzinę trwała prelekcja, ale mogłem za nią przeżyć ponad kilkanaście dni.  Odcumowałem statek-dom, podpłynąłem do niedalekiej podstawy zapory. Zaciekawiony poszedłem do dyspozytorni zapory.

 

     - Dzień dobry – grzecznie się ukłoniłem siedzącym wewnątrz mężczyznom.  -  Płynę od Szczecina do Warszawy. Czy mogę dowiedzieć się o zaporze, ile daje prądu?

 

     - Nic panu nie powiemy. – Spojrzeli na mnie nieufnie. – Proszę natychmiast wyjść!

 

     Jak niepyszny wyszedłem z dyspozytorni, wróciłem do statku-domu. W kuchni rozpaliłem ogień, nastawiłem wodę na zupę, obierając ziemniaki, dobiegło mnie mocne pukanie do drzwi, przez które, nie czekając, weszło dwóch milicjantów.

 

     Zażądali okazania dokumentów.

 

     - To pan Polak? – Dostaliśmy z zapory telefon, że szpieg przypłynął i wypytuje o zaporę. Przestraszył ich napis w obcym języku – co oznacza pacon al  niaj infanoj?

 

     Poprosiłem, aby usiedli za stołem. Obok mieli duże okno, przez które mogli widzieć stromy brzeg skarpy.

 

    Gdy siedli wygodnie, opowiedziałem im o swojej podróży, jak wygłaszałem prelekcje, i zakończyłem o wygłoszeniu prelekcji dla żołnierzy we Włocławku.

 

     Milicjanci byli bardzo zadowoleni z mojej opowieści i ja też, że rozpowszechniłem wiadomości esperanckie i morskie. Gdy się rozstaliśmy w przyjaźni, znowu poszedłem do dyspozytorów. Tym razem przywitali mnie bez nieufności, a nawet serdecznie.

 

     - Myśleliśmy, że nas odwiedził szpieg – śmiejąc się tłumaczyli się przede mną - a pan jest marynarzem. Może pan nas pytać o zaporę.

 

    Zapora, jak informowali, przegradza Wisłę. Po drugiej stronie zapory woda jest wyższa o 11 metrów. Spiętrzona woda przepływa przez dwie turbiny dając energię elektryczną 162 Megawaty mocy. Zapora tworzy zalew sięgający do Płocka. Utworzony rozległy obszar wodny ma długość prawie 60 kilometrów, szerokość około 2 kilometry.

 

     Pożegnałem sympatycznych dyspozytorów, wprowadziłem statek-dom do śluzy. Ostatniej na swojej drodze do Warszawy. Była to śluza duża, długa 115 metrów, szerokości 12 metrów, podobnie jak przebyte śluzy w Kanale Bydgoskim.

 

    W drodze do Warszawy, stolicy Polski, w jednym z miasteczek zwiedziłem małe muzeum wojskowe, może to była Izba Pamięci?    

 

     W szklanych gablotach tkwiły dokumenty, listy, niektóre zabrudzone, stały manekiny a na nich wisiały autentyczne polskie mundury wojskowe z ostatniej wojny. Ze śladami krwi, dziur po pociskach i odłamkach.

 

      Chodziłem wolno po niewielkim muzeum, nie spiesząc się wcale. Od niektórych mundurów jak mgła, tchnęły ostatnie myśli i odczucia umierających, ginących w walce ludzi. Od jednych ział straszny strach, bojaźliwy lęk i przerażenie, także i tragiczny żal za odchodzącym, uciekającym, urywającym się życiem; od drugich wiała straszna zwierzęca agresja, bezgraniczna zawziętość, głęboka nienawiść; od innych nic się nie wyzwalało. Nic... pustka... śmierć bez nadziei, śmierć niepotrzebna, śmierć zbyteczna... 

 

     To muzeum – myślałem, patrząc na wyprostowane manekiny, ubrane w poszarpane mundury umierających ludzi, powinni oglądać ci, co nawołują do wojny i nienawiści. Żeby odczuli niepotrzebność wojen, żeby odczuli, że i oni mogą tak zginąć, gdy zerwie się pokój, i nastanie międzyludzka wojna. Niestety, nawołują do wojny ci, którzy na wojnie chcą zarobić, siedząc bezpiecznie w domu oddalonym od teatru wojny... Mądrzy ludzie stworzyli to muzeum.

 

     Wreszcie dotarłem do Warszawy, do portu żerańskiego. Był obok elektrociepłowni dającej Warszawie prąd i ciepło. Gdy wpłynąłem do wnętrza portu, zobaczyłem wiele statków stojących koło siebie, bez załóg, mających w porcie przeczekać zimę. Do dużego rzecznego statku pasażerskiego przycumowałem swój dom na wodzie, prosząc kapitana portu Borkowskiego, o opiekę nad nim. Pociągiem i autobusami miałem dojechać do wsi, gdzie u matki była zaczarowana żona z córką Joanną.

 

Rozdział 18

 

     Była już zima. Śnieg zalegał wszędzie. Brnąłem przez niego dochodząc do wiejskiego domu, gdzie miałem spotkać małą Joannę z jej matką, zaczarowaną żoną. Dom był niski, drewniany, stary, zdrowy. Wchodziło się przez dużą sień, dalej z niej wchodziło do dużej izby kuchennej. Wewnątrz zobaczyłem stojące centralnie łóżeczko dziecinne ze stojącym dzieckiem.

 

      Joanna miała rozpaloną buzię. Włoski rozpostarte nad czołem, oczy na tle twarzyczki wydawały się małe. W rogu izby stała duża kuchnia z czynnym paleniskiem. Powinno tu być ciepło, ale stary dom zbudowany był z belek. Między belkami przez nieuszczelnione  szpary przenikał mroźny, zimowy wiatr. W izbie było chłodno, wręcz zimno.

 

     Na dźwięk otwieranych drzwi siedzący w izbie odwrócili głowy. Na niskiej kozetce siedziała moja żona i starsza kobieta, jej matka, moja teściowa. Obok stołu siedzieli wygodnie w krzesłach dwaj bracia, moi szwagrowie. Wszyscy się śmieli z niezdarnych ruchów dziecka, z trudem trzymającego się obramowania dziecięcego łóżeczka.

 

     Na widok zaczerwienionej twarzy dziecka doznałem wstrząsu. Jeszcze niedawno z olbrzymią dbałością kierowałem domem na wodzie, nie lekceważyłem najmniejszego szczegółu, miałem ostrożność wyostrzoną jak najostrzejsze ostrze, a tu, w wiejskiej chacie, zobaczyłem chore dziecko.

 

    - Czy nie widzicie, że dziecko jest chore? Asia ma gorączkę, zmierzcie jej szybko temperaturę.

 

     Słysząc moje słowa, wszyscy się jeszcze głośniej roześmiali, i zaczęli mnie uspokajać, że dziecko bardzo dobrze się bawi i śmieje się wraz z nimi. Jesteś przeczulony – mówili – po co mierzyć temperaturę.

 

    Moja żona, matka dziecka szybko podbiegła do łóżeczka. Przycisnęła wargi do rozgrzanego czola. 

 

     - Ma gorączkę! – stwierdziła i pobiegła dp sąsiadów pożyczyć termometr. Temperatura przekraczała 39 stopni Celsjusza.

 

    Ranek był mglisty i mroźny. Należało szybko zawieźć dziecko do szpitala w Tarnowie. Taksówką powoli pokonaliśmy 30 kilometrów. Droga była śliska i niebezpieczna. W szpitalu szybko zaopiekowano się dzieckiem. Powiedziano nam, że panuje pandemia niezwykle ciężkiej, trudnej do pokonania grypy. Chorych do szpitala dowożono z odległych wiosek saniami, wozami, wielu chorych w drodze umierało. To była grypa, która dusiła, dławiła, zatykała oddech. Kto wpadał w jej śmiertelne ramiona, umierał. Udawało się uciec z zachłannych ramion śmierci tylko najsilniejszym, najodporniejszym.

 

     Co drugi dzień przyjeżdżałem do odległego szpitala. Widziałem salę z łóżeczkami chorych dzieci, wśród nich stojącą w łóżeczku moją córkę, niemowlę. Widząc mnie wyciągała tęsknie rączki, płakała, rozpaczała chrapliwym głosikiem, który rozsadzał mi serce. Ten chrypiący głos dobiegał skądś z oskrzeli, jak z głębokiej studni, a ja byłem bezradny. Ale czułem, instynktownie czułem, że w szpitalu w Tarnowie dziecka nie uratują. Powietrze, którym dziecko tu oddycha, było za suche, jak wszędzie w górach i podgórskich miejscowościach. Przesuszone, jak tylko można było je przesuszyć, a to dziecko żyło dotąd w domie stojącym na wodzie. Organizm dziecka był przywykły do wilgotnego powietrza, i takim powietrzem będzie można dziecko uratować.

 

     Ordynator szpitala podzielił moje obawy. – Jeżeli uda się panu załatwić miejsce w szpitalu w Warszawie, niech pan to załatwia.

 

     Szybko pojechałem do Warszawy. Ordynator dziecięcego oddziału szpitala przy ulicy Banacha podzielił mój pogląd. – Przywoź pan dziecko jak najszybciej, dobrze się córeczką zaopiekujemy.

 

    W Tarnowie szpital wydał mi dziecko po podpisaniu zobowiązania, że odpowiadam za wszelkie następstwa, które wynikną z odebrania chorego dziecka ze szpitala. Potem, zawinięte w ciepły koc maleństwo przewiozłem pociągiem do Warszawy i oddałem w ręce lekarzy. Tu, w innym, już nie górskim powietrzu, płuca dziecka dochodziły powoli do zdrowia. Przestało rozpaczliwie chrypieć i kaszleć. Po kilkunastu dniach z wdzięcznością odbieraliśmy maleństwo z rąk szpitalnych lekarzy. Ufali, że dziecko, które nam oddają, dojdzie całkowicie do zdrowia w atmosferze, w jakiej się wychowało, w atmosferze domu stojącego na wodzie.

 

     Łóżeczko dziecięce czekało w pobliżu dużego okna w przedniej części domu statku. Z lewej strony stało biurko z maszyną do pisania, z prawej drewniane łóżeczko dziecięce.  Rozdzielało je tkwiące na ścianie koło sterowe. Żona odebrała ode mnie opatulone w koc dziecko, uważnie i troskliwie położyła w łóżeczku, schyliła się, i leciutko ucałowała czoło dziecka. Oczy dziecka otworzyły się, popatrzyły uważnie na matkę, potem ufnie zamknęły. Dziecko znowu było w swoim pływającym domu.  

 

Rozdział 19

 

     Postój pływającego domu w rzecznym porcie żerańskim sprzyjał podróżom do centrum Warszawy. Odwiedzałem redakcje, opowiadałem o podróży z hasłem „Pokój dla naszych dzieci”. Dziennikarze byli ciekawi moich wspomnień z pracy na morzu, spotkaniach z ludźmi. Gdy w Expresie Wieczornym opowiedziałem o głębokim relaksie, w którym następuje wielkie odprężenie psychiczne i nabiera się sił do pracy, poprosili: - musimy to zobaczyć.

 

     Na drzwiach pokoju zawiesili kartkę NIE WCHODZIĆ NIE PRZESZKADZAĆ. Krzesła usunęli pod ściany, na podłodze zrobili dużą przestrzeń, rozesłali gazety i położyli się na wznak. Wszyscy musieli zdjąć buty. Zaczął się seans.

 

      Powoli i spokojnie zacząłem:

 

     - Zamykamy oczy. Ręce kładziemy wzdłuż ciała. Nogi są luźno wyciągnięte. W myślach rozluźniamy prawą rękę od barku do palców, tak jakby oblewała nas ciepła przyjazna woda. Wracamy od palców do barku szyjnego, przechodzimy uwagą przez szyję do lewego barku i ramienia, od ramienia wzdłuż ręki przesuwamy uwagę powoli do palców, zupełnie rękę i palce rozluźniamy.

 

     Tu widziałem jak u leżących palce rąk zaczęły drgać, uspakajać się i nieruchomieć.

 

     Mówiłem: - przesuwamy powoli uwagę z powrotem od palców ręki do barku, bardzo powoli przesuwamy uwagę na klatkę piersiową. Lekko klatkę piersiową masujemy, rozluźniamy brzuch – tu usłyszałem szereg westchnięć – od brzucha przesuwamy się do pachwiny prawej, rozluźniamy pachwinę prawą, teraz rozluźniamy prawe udo, przesuwamy uwagę na kolano i goleń, łydkę i dochodzimy do palców prawej stopy. Rozluźniamy stopę i palce, rozluźniamy je zupełnie, rozluźniamy całkowicie, przechodzimy uwagą powrotnie przez goleń, przez łydkę do pachwiny, przesuwamy uwagę do pachwiny lewej...

 

     Wolno i spokojnie dyktowałem rozluźnianie całego ciała leżącym na gazetach dziennikarzom.

 

     Nauczył mnie tej metody lekarz Piątkowski, biegły sądowy psychiatra szczeciński, z którym się zetknąłem na jednej z komisji lekarskich. Bardzo mi pomogła przezwyciężać skutki choroby popromiennej. Nauczył mnie też metody picia wody rano metodą doktora Kneipa. Teraz prezentowałem jedną z metod w redakcji Expressu.

 

     Nagle otworzyły się drzwi. Ktoś nie zważając na zawieszoną na drzwiach kartkę NIE WCHODZIĆ NIE PRZESZKADZAĆ, próbował z rozpędu wejść do środka.

 

     - O rany! Nie żyją!!! – krzyknął ze zgrozą. Zobaczył nieruchome ciała leżące na podłodze. Wszyscy mieli zamknięte oczy, żadna z leżących osób się nie poruszyła. Spali głębokim snem.   

 

     Położyłem palec na ustach – wskazałem na leżących, znowu usta przykryłem palcem. Wchodzący zrozumiał i cicho wyszedł, ostrożnie zamknął drzwi.

 

     Nikt z leżących nie drgnął. Przestali zwracać uwagę na odgłosy miasta dobiegające zza okien. Nie słyszeli przesuwających się za drzwiami kroków, byli w głębokim relaksie. Trwali w głębokim, wypoczywającym śnie.

 

    Po dziesięciu minutach zacząłem znowu mówić.

 

     - Zwracamy uwagę na palce prawej ręki. Zaczynamy budzić palce, potem budzimy prawą rękę, powoli przesuwamy uwagę na szyję...

 

     Mówiąc dalej, rozpoczynałem budzenie uśpionych dziennikarzy. Otwierali oczy, leniwie przeciągali się na podłodze, podciągali nogi, opierali się na rękach i wstawali niespiesznie.

 

     - Ale wypoczęliśmy... to wspaniały relaks. Bardzo dobre odprężenie... – mówili do siebie.

 

    O ile w sprawach dziennikarskich, przychylnych dla akcji pokojowej, to w sprawach sądowych nie posunąłem się nawet na milimetr. Musiałem przygotować się do wystąpienia w Sądzie Najwyższym, rozwiązać sprawę napromieniowania w czasie pracy na statku pod równikowym niebem, musiałem znaleźć adwokata, który by reprezentował mnie przed Sadem Najwyższym. Był to problem dla mnie ważny, przed tym sądem mogli występować uprawnieni adwokaci, ja nie miałem tam prawa głosu.

 

     Adwokaci, którym przedstawiałem pozwanie do sądu najważniejszych osób z województwa, rozkładali ręce, odmawiali uczestnictwa, nie chcieli być moimi pełnomocnikami.

 

     Ktoś doradzał adwokata Lityńskiego, działającego opozycjonisty, ten z przykrością mi odmówił. Inny radził adwokata Jana Olszewskiego, o którym było głośni, że pomaga pokrzywdzonym w sprawach społecznych. Cieszył się dobrą opinią. 

 

    Poszedłem do niego. Był to mężczyzna o dużej głowie, łagodnym wyrazie twarzy, budził sympatię. Usłyszawszy opowieść, jak pozwałem 11 osób, aby zrobić rozgłos o promieniowaniu mikrofalowym, odpowiedział ze spokojnym żalem w głosie: - to jest sprawa polityczna, niestety, muszę panu odmówić. To jest sprawa polityczna, a ja nie zajmuję się takimi sprawami.

 

     Marek Nowakowski, pisarz, miał żonę adwokatkę. – Nikt nie chce mnie reprezentować przed Sądem Najwyższym, każdy się lęka. Co mam zrobić? – pytałem. -  Doradźcie.

 

     - Może spróbować u adwokata S.? On bronił w procesie generałów Tatara, Kirkhmayera.

 

     Poszedłem do tego adwokata. Przyjął mnie bardzo uprzejmie, wysłuchał bez przerywania i odpowiedział: - oczywiście, że się zgadzam. Będę reprezentować pana na rozprawie przed Sądem Najwyższym. Proszę dostarczyć materiały.

 

     Adwokatowi S. dostarczyłem niezbędne dla sprawy dokumenty. Chociaż był bardzo znanym adwokatem, bronił generałów oskarżonych o obalanie ustroju, brałem pod uwagę fakt, że mimo jego obrony, zostali skazani na karę śmierci.

 

     Adwokat S będzie mnie bronił przed Sadem Najwyższym, ale czy  uda mu się wybronić mnie od dożywotniego uwięzienia w szpitalu psychiatrycznym? O, gdyby groziło mi zwyczajne uwięzienie, choćby kilkunastoletnie, nie byłoby to dla mnie tak groźne. Ale dożywocie w zakładzie psychiatrycznym bezwzględnie mi groziło!  Gdybym przegrał w tym sądzie.

 

     Musiałem poszukać koła ratunkowego.

 

     Po paru dniach, przed rozprawą w sądzie, przyszedłem do mieszkania adwokata S.

 

    Panie mecenasie – powiedziałem do niego, gdy wpuścił mnie do mieszkania i usadowił za stołem. Napisałem kilkanaście zdań, które proszę przedstawić w sądzie. To powinno nam pomóc.

 

     Adwokat S przeczytał tekst, pomyślał, i odparł. – Bardzo dobrze. To przedstawię sądowi.

 

     Sąd Najwyższy to okazały gmach, W jego rozległym wnętrzu odbywało się naraz wiele rozpraw. Sala mojej rozprawy była niewielka. Za stołem siedziało trzech sędziów. Ubrani w czarne togi, złocone łańcuchy, na stole przed nimi leżały czarne birety.  Jeden, z sędziów, siedzący z lewej strony, patrzył na mnie z zauważalną życzliwością, pozostali dwaj obojętnie przeglądali rozłożone przed nimi papiery.

 

     Na znak środkowego sędziego, przewodniczącego, mój adwokat rozpoczął przemówienie. Z wzrastającym niepokojem słuchałem, jak powołuje się na różne dawne sprawy toczone przed sadem najwyższym i jakie były sądów orzeczenia. Z kartki, którą mu dałem, a obiecał. że z niej będzie przedstawiał argumenty, nic w jego przemowie nie było.

 

     Sędziowie wysłuchali mojego adwokata, i gdy skończył,  przewodniczący powstał, za nim sędzia z lewej i sędzia z prawej. Przewodniczący powiedział: - sąd udaje się na naradę. Założyli czarne birety na głowy i ruszyli zza stołu do drugiego pokoju.

 

     Wtedy ja powstałem i powiedziałem: - czy  mogę zadać pytanie?

 

     Na to sędziowie zawrócili i usiedli na swoich miejscach, a ja, zadając mało ważne pytanie, podszedłem do stołu i powiedziałem z naciskiem: - ta  rozprawa jest bardzo ważna. Wyrok jaki tu zapadnie, - tu powiedziałem z naciskiem, i - dla podkreślenia - uderzyłem dłonią w stół sędziowski – wyrok odbije się echem w całej Polsce, i może stać się wyrokiem historycznym. A odpowiedzialność spadnie na sędziów.

 

     Były to słowa bardzo zbyt śmiałe, które w sądzie nie należało wypowiadać, ale miałem przekonanie, że tylko w ten sposób uratuję moje działania w sprawie wypadków przy pracy. Po to robiłem to cale zamieszanie, po to pozwałem 11 osób z mojego województwa, osób, do których czułem szacunek i uznanie i które cieszyły się powszechnym szacunkiem i uznaniem w województwie. Należało przełamać powszechny trend, lekceważenia wypadków przy pracy, nie powoływania komisji wypadkowych, mimo oczywistych nieszczęść.

 

     Na twarzy sędziego z lewej wyczuwałem skrytą dla mnie sympatię, pojawił się u niego lekki uśmiech zadowolenia. Na twarzach pozostałych dwóch, widać było zaskoczenie i zmieszanie.

 

     Założyli birety na głowy, wyszli na naradę.

 

     Wtedy adwokat S chwycił moją rękę, potrząsnął nią i powiedział – wygral pan… wygrał pan…

 

     Gdy sędziowie wrócili na swoje miejsca, ogłosili wyrok dla mnie korzystny.

 

     Reperkusje tej sprawy miały bardzo dobre skutki.

 

     Najpierw wysłałem listy wyjaśniające do prokuratury w Szczecinie, ze celowo pozwałem tyle osób cieszących się zaufaniem i szacunkiem, aby nagłośnić i przełamać niechęć do powoływania komisji wypadków przy pracy. Informuję, że gdyby ktoś chciałby wykorzystać tę sprawę dla zaszkodzenia tym osobom, natenczas ja wystąpię przeciwko niemu.

 

     W Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-epidemiologicznej w Szczecinie podziękowała mi za starania w sprawie bezpieczeństwa i higieny pracy pani profesor, a potem zmieniły się przepisy i wydano zalecenia.

 

     Pracownicy naprawiający radary okrętowe otrzymali skrócony czas pracy, a statki poddano badaniom napromieniowania energią radaru. Na pokładach [i]statków zaczęto mierzyć wielkość promieniowania radarowego, określano czas dozwolonego przebywania i nawet miejsca o zwiększonym promieniowaniu ostrzegawczo malowano. 

 

     Za kłopoty, jakie sprawiłem walką sądową, nie odczułem wrogości, wszyscy do mnie byli nastawieni z życzliwą sympatią.

 

   Mogłem znowu zająć się wodnymi sprawami, czyli sprawami w pływającym domu.

 

     Mała Joasia dostała siostrzyczkę. Zaczarowana żona urodziła ją w Warszawie. Miała zaciśnięte piąstki, twarzyczkę skupioną, jakby nad czymś długo się zastanawiała, wyglądała jak Indianka, a był to rezultat picia przez żonę soku z marchwi, który co dzień donosiłem do szpitala. Joasia na ten czas znalazła schronienie u Hani Piotrowskiej, mojej ciotecznej siostry.

 

      Oho – pomyślałem, patrząc na dziecko, - te zaciśnięte piąstki nie wróżą nic dobrego. Będą z tą dziewczynką dziwne rzeczy, gdy zacznie dorastać. Może to być diablica.  Ale ja się przed tym zabezpieczę. Dam jej imię Dobromiła. Imię powinno, będzie z pewnością wpływać na psychikę dziecka.

 

     Nie zdradzałem się z tą myślą. Najpierw należało zaludnić dom. Z głębi pływaka, podstawy pływającego domu, wydobyłem kojec zrobiony ze sklejki, poprzednią siedzibą Joasi. Kojec powędrował na biurko obok maszyny do pisania. W ten sposób sterówka stała się pokojem dziecinnym. Joasia wróciła do swojego łóżeczka, skąd mogła obserwować siostrę śpiąca w kojcu na biurku.

 

      Indianka powoli traciła kolor czerwonej marchwi. Wykazywała dobry apetyt i dorosła do chrztu, ale matka małej poganki wyraziła stanowczy protest przeciwko imieniu Dobromiła. - Co za pomysły, nie ma takiego imienia w kalendarzu. Nie zgadzam się na Dobromiłę.

 

      - Ta mała wyrośnie na diabła, gdy nie damy jej łagodnego imienia. Zobacz w jej oczy, czy nie widzisz zagrożenia? Chcesz, aby to maleństwo nie miało przyjaciół? Jeżeli nie chcesz – to nie oponuj, Dobromiła jest starym imieniem słowiańskim, imieniem polskim. Dobrusia będzie przez nas kochana. Zobacz w jej oczy! Czy nie widzisz w tych oczach ukrytej przyszłości?

 

     Oczy dziecka niewinnie patrzyły na nas, małe usteczka uśmiechały się radośnie, zagrożeń diabelskich w niewinnych oczach nikt by się nie dopatrzył, ale sugestia o przyszłych zagrożeniach zadziałała.

 

     - Niech ci będzie ta Dobrusia, Dobromiła. Ale musi mieć też imiona Anna i Agnieszka. Potem sobie wybierze imię na dorosłe życie. Teraz będzie Anią.

 

         Gdy przyszła wiosna, zazieleniły się trawy i drzewa ubrały w liście, załadowałem do domu-statku zapas żywności, wiadrami nanosiłem zapas wody do 80 litrowego plastikowego zbiornika, odczepiłem liny od nieruchomego statku pasażerskiego, uruchomiłem niewielki motorek przyczepny Evinrude i stanąłem przy kole sterowym. Statek powoli ruszył. Z mojej lewej strony na biurku stał kojec z nową, dwumiesięczną, stale śpiącą pasażerką, z prawej stało łóżeczko z półtoraroczną Joasią. Joasia stojąc w łóżeczku patrzyła przez okno na powolnie przesuwające się z obu stron brzegi. Płynęliśmy Kanałem Żerańskim do Zalewu Zegrzyńskiego. Powoli i dostojnie przesuwał się dom między brzegami porośniętymi krzakami. Żona gotowała zupki dla starszej, mleko do butelki ze smoczkiem dla młodszej, ja uważnie wypatrywałem, czy z przeciwka nagle nie pojawi się barka lub holownik. Wolno, przesuwając się z prędkością 4 kilometry na godzinę, dotarliśmy do szerokiej wody zalewu.

 

    Pogoda była przecudna, lekki wiaterek popychał dom w głąb wielkiego jeziora. Nagle podpłynęła motorówka, z niej wychylił się człowiek.     

 

     - Proszę wyłączyć silnik! – Rozkazał.  - Na Zalewie Zegrzyńskim obowiązuje strefa ciszy.

 

     - Przecież naszego motorka nie słychać, jest bardzo cichy. Wylot spalin jest pod wodą...

 

     - Nie szkodzi. Musicie go wyłączyć, jeśli nie chcecie dostać mandatu za zakłócanie ciszy!

 

    Wyłączyłem motorek. Wiatr mieliśmy z tyłu. Ściany pływającego domu były wspaniałym żaglem. Pływający dom wykazywał niezwykłą właściwość. Ustawiony bokiem do wiatru płynął bokiem i płynął do przodu. Ustawiał się bokiem nawet do niewielkiej, marszczącej się fali, i płynął przed siebie. Wykorzystując to zjawisko, dopływaliśmy wolniutko w pobliże brzegu zalewu, tam rzucałem kotwicę w wodę, zaczepiała się o dno, i obracałem dom drugą ścianą do wiatru. Potem wyciągałem kotwicę, dom płynął znowu przed siebie, bokiem dążąc do drugiego brzegu rozległego zalewu, w upatrzonym kierunku.

 

    Tak żeglując bez motorka, od brzegu do brzegu, po wielu godzinach dopłynęliśmy do rzeki Bug, gdzie opuściliśmy strefę ciszy. Teraz mogliśmy przy pomocy motorka płynąć dalej przyjazną dla nas rzeką.

 

    Pobyt na rzece Bug był rajem. Byliśmy samotni. Nie przepływał żaden statek rzeczny, nie zakłócał spokoju żaden holownik. Byliśmy sami z dwojgiem małych dzieci, moja choroba popromienna zdawała się zanikać.

 

     W Warszawie i innych miejscowościach unikałem wysokich słupów sieci energetycznych o wielkich napięciach. Przechodząc pod nimi słyszałem syk elektronów przelatujących między zwisającymi wysoko przewodami. Starałem się jak najszybciej opuszczać takie miejsca, słabłem w ich pobliżu, nogi uginały się pod ciężarem mego ciała, instynktownie od tych prądów uciekałem jak najszybciej i jak najdalej. Całym ciałem odczuwałem podziemne ciągi elektryczne o wysokim, wielotysięcznym napięciu. Szczególnie przy Placu Zamkowym.  Teraz, płynąc powolnie po Bugu, czułem się jak nowonarodzony. Bez zapachów spalin, bez sieci energetycznych, bez prądu elektrycznego. Jedynie wieczorne świece wywoływały pieczenie twarzy, wówczas zasłaniałem świecę szklanymi zasłonami, dawały miłe światło, nie szkodziły, nie wywoływały bólu. Światło świecy wydobywały z mroków sterówkę - pokój dziecięcy, łagodne światło odbijało się w drewnianych ścianach, w biało pomalowanych drzwiach, światło padało w szklane okna, za oknami bzyczały miliardy komarów i ciem, pragnących dostać się do wnętrza. Rankiem wychodziłem na zewnątrz, miotełką zgarniałem na szufelkę nieprzeliczone ilości owadów, wyrzucałem rybom na pożarcie.

 

     Ten wspaniały raj musieliśmy jak najszybciej opuścić. Miliardy owadów, które tłukły się skrzydełkami o szyby okien, miały swoje sposoby, aby przedrzeć się przez wąskie szpary okien, wąskie szpary drzwi, i wnikały do wnętrza. Nocami oglądaliśmy w świetle świecy twarze śpiących dzieci i często znajdowaliśmy na nich ssące żarłocznie komary. Musieliśmy opuścić to miejsce. Trzeba było pożegnać przyjazną rzekę Bug i wrócić do zalewu, na którym było komarów mniej, tylko tysiące, a nie miliardy, atakujące wściekle wnętrze domu.

 

   Nad Zalewem Zegrzyńskim rozlokowały się ośrodki wczasowe, restauracje, kawiarnie. Gdy zacumowaliśmy do zachodniego brzegu Zalewu, zobaczyliśmy idącą pod górę szeroką ścieżkę.

 

   - Zobaczę, dokąd prowadzi ta ścieżka. – Powiedziała żona.  Wyskoczyła z pokładu statku-domu i energicznie wkroczyła na wydeptany szlak.  Po kilku chwilach zniknęła za zakrętem u góry.

 

     Asia chodziła swobodnie po wnętrzu domu, nie upadała, korzystała z braku czujnej opieki matki. Maszerowała od drzwi tylnych, tych jej nie wolno było otwierać, zresztą klamka była za wysoko, do przedniej ściany z kołem sterowym. Po drodze mijała tapczan, opierając się na nim w czasie wędrówki, potem stół z lewej ze skrzynią pościelową, na której siedzieliśmy w czasie posiłków, potem dużą komodę z pościelą z prawej i wysoką szafkę na buty z lewej, potem wkraczała do sterówki, pokoju dziecięcego, wspinała się do biurka, aby zobaczyć leżącą w kojcu siostrę. Następnie robiła w tył zwrot, rozpoczynając pieszą wędrówkę, aż do znużenia, kiedy żądała, aby usadzić ją na skrzyni przy stole, skąd mogła patrzeć na brzeg, gdzie znikła matka.

 

     Matka wróciła po godzinie, była bardzo zadowolona. Przyniosła mleko i wiadomości.

 

     Usiadła przy stole, wzięła Joasię na kolana.

 

     - W kawiarni, niedaleko od ścieżki, załatwiłam sobie pracę. Będę kelnerką. Już od jutra.

 

     - A ja będę sam na sam z małą Joasią? I paromiesięczną Anią? Ja nie potrafię być opiekunem takich maluchów...

 

     - Poradzisz sobie, mamy do ciebie całkowite zaufanie.

 

     - Mamy zaufanie? Kto to jest, to my?

 

    - Wszyscy. Asia, Ania, i ja najbardziej.

 

     Wszyscy ojcowie w takich warunkach pryskaliby gdzie pieprz rośnie, przy obarczaniu ich tak wspaniałym, pełnym zaufaniem. Niestety, nie miałem gdzie pryskać, wokół była woda, musiałem pogodzić się z losem obarczonego pełnym zaufaniem, który jak cios spadł mi na głowę.

 

     Pływający dom miał pływaki w przedniej części podcięte jak narty, takie były dzioby katamarana. Ułatwiało to podpływanie do brzegów rzek i jezior. Pokład nad nimi był jeszcze dalej wysunięty jeden metr w przód. Można było łatwo schodzić z pokładu na brzeg. Gdy obróciłem dom przodem do brzegu, silnie go linami przytwierdzając do rosnących drzewek, dom stawał się nieruchomą nieruchomością. Wychodziłem na brzeg, dzierżąc pod pachą plastykową wanienkę do kąpania niemowlęcia o imieniu Anna-Dobromiła.

 

     Wchodziłem w wodę po kolana, stawiałem wanienkę na wodzie, aby swobodnie pływała. Wanienka była pełna zabrudzonych pieluch. Kolejno wyjmowałem miękkie bawełniane płachty, i płukałem je dokładnie i zawzięcie. Taflę jeziora delikatnie marszczył łagodny powiew słabego wiaterka. Z satysfakcją spoglądałem na otaczającą mnie toń, największą balię, jaką miałem teraz do swojej osobistej dyspozycji. Odrywając wzrok od płukanych materiałów, zezowałem ku przedniej ścianie domu. Za szybą sterówki widziałem zaciekawioną twarzyczkę starszej Asi. Stała w łóżeczku, obserwowała ojca, jak stoi w wodzie blisko domu, i płucze pieluchy młodszej siostry.

 

    Potem z innego miejsca nabierałem wody z jeziora do większego garnka, był to garnek dla gotowania pieluch. Stawiałem go na palnik gazowej kuchenki, długotrwale gotowałem, aby były nieskazitelnie białe, czyste i bez bakterii. Potem starannie prałem na blaszanej pofałdowanej ręcznej pralce, jaką przed wiekami używały nasze babki i matki.  Na szczęście żona przychodziła często, aby gotować dzieciom, naszykować mleko do butelek, szybko wracała do pracy zostawiając mnie z butelkami ze smoczkiem. Napełniałem brzucho młodszej, starając się nie zapomnieć, że po nakarmieniu należy niemowlę potrzymać pionowo czas jakiś, by westchnęło, wydało z siebie beknięcie, żeby nie miało kolki i nie ryczało niepotrzebnie i całkowicie zbytecznie.

 

     Gdy minął czas pieluch, minęły miesiące, zorientowałem się niebacznie, że wszystkie pieluchy przeszły tylko przez moje marynarskie ręce. To ja płukałem, to ja prałem, te niezbędne akcesoria moich rosnących córeczek.

 

     Na szczęście żona po kilkunastu dniach wróciła do normalnego życia w pływającym domu. Nie mogła pogodzić pracy w kawiarni z bieganiem do pływającego domu. W dalszym ciągu płukałem i prałem pieluchy w jeziorze, ale już nie musiałem się panicznie spieszyć do pozostawionych samotnie maluchów w pływającym domu.  Dziećmi zajmowała się zaczarowana żona.

 

     W pływającym domu rosło dwoje dzieci. Jedna dziewczynka już była ochrzczona, druga była poganką.  Niczym się nie przejmowała, wygodnie leżąc w swoim kojcu stojącym na biurku, obok kola sterowego. Machała rączkami, fikała nóżkami, uśmiechała się szeroko i śmiała wesoło, gdy nachylała się nad nią głowa taty lub mamy. Gdy widziała przy sobie starszą siostrę, podnosiła głowę, chcąc wstać i się z nią bawić. Ale była wciąż poganką.

 

    Dla chrztu trzeba było pożegnać gościnny zalew. Liny zostały ściągnięte, dom majestatycznie odczepił się od brzegu, ruszył w powrotną drogę do Warszawy. Tam, w dzielnicy Bielany, czekało pogankę wejście w świat chrześcijańskiej tradycji, miała być ochrzczona w kościele.

 

     Ania została ochrzczona w małym kościele na Bielanach. Blisko było do portu rzecznego z barkami, gdzie przycupnął na krótki postój pływający dom. Matką chrzestną była moja cioteczna siostra Alinka, ojcem chrzestnym Stanisław, mąż  drugiej siostry ciotecznej – Hani.

 

          Tak utraciła pogańskość Anna Dobromiła, najmłodsza pasażerka pływającego domu.

 

 

Rozdział 20

 

 

     - Czego pan szuka? – Usłyszałem znienacka głos mężczyzny za sobą.  Schylałem się nad różnymi kamieniami rozrzuconymi po placu portu rzecznego na Bielanach.

 

     - Szukam kamienia około 20 kilogramów wagi, żeby z niego zrobić kotwicę.

 

     - Kotwicę z kamienia?  Jak będzie działać?

 

     - Będzie działać wyśmienicie. Kamień uwiązany na długiej linie, będzie wleczony po dnie rzeki, spowolni ruch pływającego domu, a nawet pozwoli na zatrzymanie się na rzece.

 

    - Pomogę panu wyszukać taki kamień. – Powiedział mężczyzna. Miał ubranie robocze, z pewnością pracował w tym rzecznym porcie.

 

     Na placu było wiele kamieni. Wielkie, duże i małe.  Po dwudziestu minutach znaleźliśmy dobry kamień. Podłużny, bez ostrych kantów, musiał dziesiątki lat leżeć na dnie rzeki, obmywała go swoim prądem i szlifowała na dobrą, potrzebną teraz gładkość. Kamień w środku był węższy, w sam raz, aby można było go obwiązać liną, zawiązać bardzo mocno, żeby się nie wyzwolił.

 

     Zanieśliśmy ciężki kamień na przedni pokład, i położyliśmy obok żelaznej kotwicy. Mężczyzna pomógł mi zacisnąć linę na kamieniu i stanął w oczekującej postawie na nabrzeżu, patrząc jak uruchamiam motorek, przechodzę na przedni pokład, rękę wkładam przez okno, aby kręcąc kierownicą steru, kierować pływającym domem. Pomachałem mu drugą ręką na pożegnanie, on pomachał do mnie, i ściana domu zasłoniła pomocnego mężczyznę. Dom wypłynął z portu na szerokie wody Wisły.

 

     Rzeka była wezbrana i płynęła wartko. Zaraz obróciłem dom pod prąd, wyłączyłem motorek i wrzuciłem ciężki kamień do wody. Zniknął z głośnym chlupotem. Koniec liny mocno był zawiązany na przednim polerze, silnym słupku mocowanym śrubami do grubych desek pokładu. Powoli skracając i wydłużając linę regulowałem szybkość domu. Prąd był silny, rzeka gnała z prędkością 8 kilometrów na godzinę

 

     To był czas powodzi. Płynęliśmy środkiem rzeki, patrząc na oddalone brzegi. Widać było drobne sylwetki ludzkie, biegające w pośpiechu, noszące worki z piaskiem, dochodził do nas odległy warkot traktorów ciągnących przyczepy, wysoko naładowane workami z piaskiem. Gazety i radio donosiły o zalanych domach, zatopionych osiedlach, tragediach ludzi pozbawionych dobytku, utracie z trudem wypracowanego majątku. Niektórych powódź zaskoczyła w nocy, siedzieli na dachach, wokół mając mętną wodę, siedzieli z psami, kotami, kurami, czekając na pomoc.

 

     Patrząc na gorączkową pracę przy podwyższaniu wałów na brzegu rzeki, przypominały się wypowiedzi profesorów o konieczności budowy zbiorników retencyjnych, wielkich zbiorników przeciwpowodziowych. Miały gromadzić wody w czasie silnych, długotrwałych deszczy i oddawać nagromadzoną wodę w czasie suszy. Pisano o tym z troską, że Polskę ogarnia klimat stepowy, zaczynają pojawiać się rośliny stepowe. Pisano o konieczności budowy tych zbiorników zawsze przy okazji powodzi. A potem o tym zapominano, aż do następnej powodzi.

 

     Dom płynął wolniej od prądu rzeki, hamowany wleczonym kamieniem. Gdy lina kotwiczna biegła daleko w toń, na całą długość liny, wtedy dom prawie stawał, mijały go wyrwane z korzeniami krzaki, nawet duże drzewa, części drewnianych płotów, jakieś szczątki drewniane zabrane wodą. Gdy podciągałem do siebie linę na krótki dystans, kamień muskał dno rzeki, wtedy szybkość domu wzrastała, płynął prawie równo z krzakami i drzewami.

 

     Ze środka domu dobiegał szczęk stawianych naczyń na żelaznym blacie kuchni, skrzypiący dźwięk szufelki nabierającej węgiel z kubełka, głos matki odzywającej się do dzieci, czasem głos którejś z dziewczynek.

 

     Te dźwięki uspakajały, umacniały przekonanie, że w tym domu jest wszystko w porządku, że nie muszę wchodzić do wnętrza, że mogę stać na przednim pokładzie, sterować i baczyć, aby dom płynął w prądzie powodzi spokojnie i bezpiecznie. Dom płynął tyłem, toteż wychylałem się poza ściany, bacznie obserwując, gdzie dom płynie.

 

     Wieczorami luzowałem linę, kamień wlókł się daleko, niewidoczny pod warstwą wody, sterem kierowałem na lewy brzeg Wisły, dom przytulał się do brzegu, unieruchamiał bezpiecznie. Zasypialiśmy ufni, że ranek wraz ze świergotem ptaków przyniesie nam nowy dzień, radosny i pełen zajęć przy dzieciach i żegludze z prądem rzeki.    

 

     Mijał dzień za dniem żeglugi z prądem na kamieniu. Wody powodziowe opadły, zmalało napięcie uważnej żeglugi. Już można było opuścić ster, pomóc obierać ziemniaki, pomóc w gospodarstwie domowym w pływającym domu.

 

     Już nie było alarmu powodziowego. Żegluga barek i holowników została wznowiona, przedtem tylko my byliśmy gospodarzami rzeki. Marynarze barek i holowników czytali napisy i zaciekawieni podpływali blisko i przyjaźnie nas pozdrawiali.

 

     - Chodź do środka! Szybko! Schowaj się! – Zawołała do mnie żona. Miałem na pokładzie plastykową wanienkę, w której prałem pieluchy na blaszanej tarze.

 

      – Chodź do środka... -  Widziałam jak z przepływającej barki wskazywali na ciebie i łapali się za głowy, widząc jak pierzesz na tarze.

 

     - Niech widzą zapracowanego ojca. Żaden wstyd prać pieluchy własnych dzieci. Mahatma Ghandi w swojej autobiografii pisał, że też opierał swoje dzieci. Nie wejdę do środka i będę prał, aby wszyscy to widzieli. Tu na pokładzie z prawdziwą przyjemnością pierze się na świeżym powietrzu. 

 

     Dopłynęliśmy do Ciechocinka i zrobiliśmy dłuższy postój. Ciechocinek słynny był z uzdrawiającego powietrza, sanatoriów przywracających zdrowie, źródeł wód leczniczych i pijalni tych wód.

 

     Gdy dom został bezpiecznie przycumowany do nabrzeża, z głębi pływaka wyciągnąłem wózek. Do wózka włożyliśmy jeszcze niechodzącą Anię-Dobrusię, Asia siadła na wózku, wyruszyliśmy do miasta. 

 

     Zwiedzając miasto dotarliśmy do dużej restauracji uzdrowiskowej. Wjechałem wózkiem do środka. Sala była bardzo długa, stoliki nakryte śnieżnymi obrusami, na stolikach wykwintne srebrne zastawy łyżek, łyżeczek, widelców i widelczyków, i oczywiście noży. Ten wykwint nas onieśmielał. Żona wydobyła z wózka dwie butelki mleka z zatkniętymi smoczkami. Podszedł ubrany w ozdobną liberię kelner, uprzejmie zapytał: - co państwo zamawiają?

 

     - Zaraz zamówimy. Czy można przedtem poprosić pana o podgrzanie w kuchni mleka? – tu żona wskazała na butelki z białą zawartością.

 

     - Oczywiście, podgrzejemy mleko. – Uśmiechnął się, zabrał butelki i odszedł w koniec sali.

 

     Z okolicznych stolików uśmiechali się do nas ze zrozumieniem siedzący kuracjusze. Sala była pełna, wielka, prawie wszystkie stoliki były zajęte.

 

     Dzieci zachowywały się spokojnie. Anna-Dobromiła leżąc w wózku obserwowała ozdobny sufit, starsza Asia na kolanach matki starała się dosięgnąć solniczki, my, rodzice czekaliśmy na podgrzane mleko.

 

     Wtem z końca sali powstał szmer. Słychać było szepty i chichoty, pogwar zaczął się do nas zbliżać. Ukazał się dostojnie i z namaszczeniem powolnie kroczący kelner, przez rękę miał przewieszoną białą dużą serwetę, w drugiej dzierżył srebrną tacę, na niej stały dwie butelki z białym mlekiem, na czubku butelek sterczały dumnie dwa gumowe smoczki. 

 

     Kelner przypłynął do naszego stolika, zdjął butelki z tacy, postawił delikatnie na stole przed nami i odszedł powolnie i dostojnie w koniec sali, tam gdzie oczekiwał na wezwanie klientów.

 

    Szmer rozbawienia ucichł, zaczęliśmy z butelek karmić dziewczynki, a potem zamówiliśmy śniadanie dla siebie.

 

     Odpływając domem od Ciechocinka, wielokrotnie w podróży wspominaliśmy uroczyście dostojny marsz kelnera z butelkami pełnymi ciepłego mleka, z zatkniętymi u góry smoczkami.

 

     W jednym z postojów, w niewielkim miasteczku na lewym brzegu Wisły ktoś podarował nam kurę.

 

     - Będziemy mieć, co dzień świeże jajko dla dzieci. – Z zadowoleniem orzekła żona. -  Zrobimy małą klatkę dla kury, i będziemy wypuszczać ją na pokład na długim sznurku. Niech cieszy się powietrzem.

 

     Kura była miła. Gdakała do nas, dziobała ziarna rozsypane na okrągłej blaszanej tacy, ale jajka znieść nie chciała. A powinna jajka znosić, przecież była kurą.

 

     Rozglądała się wokół, patrzyła na mijane brzegi, chyba wąchała dopływające od zarośniętych brzegów wonie. Jednego dnia rozpostarła skrzydła, zagdakała, podfrunęła ponad sznurki i transparent i osiadła na wodzie Wisły. Zaczęła płynąć. Patrz! – kura płynie! – krzyknąłem do wnętrza domu. Żona wyleciała na pokład i zdumiona patrzyła, jak bogato upierzona kura nie tonie, jest uwiązana na sznurku przywiązanym do pokładu.

 

     Ciągnąc sznurek wydobyłem kurę z wody. Była oszołomiona i mokra. Szczęściem było lato, mogła swobodnie wyschnąć. I wtedy zapiała jak kogut.

 

     Zdumieni słuchaliśmy koguciego piana. – To nie kura, to kogut! Kogut nie zniesie nam jajka, trzeba koguta zjeść, ale niech się najpierw utuczy.

 

     Dzieci przyglądały się kogutowi, sypały kogutowi ziarna, podtykały cząstki chleba. Kogut z apetytem zjadał wszystko, ale nie przybierał na wadze.     

 

     Przyzwyczailiśmy się do koguta. Tak dzielnie uczył się pływać. Już nie próbował wzbijać się w powietrze, zrozumiał, że sznurek go trzyma na uwięzi, a woda nie jest jego żywiołem.

 

     Opuściliśmy wreszcie Wisłę i zaczęliśmy przedzierać się przez Kanał Bydgoski z wieloma śluzami. Zmieniając rzeki, odwiedzając miasta, dopłynęliśmy do Drezdenka osiadłego nad rzeką Noteć. Z kogutem na sznurku. Nie mogliśmy koguta zamordować. Stał się cząstką pływającego domu, dzielnym członkiem załogi, który codziennie nam wyśpiewywał piosenkę swojego piania. Z wielkim żalem przekazaliśmy go komuś, aby dalej żył w gromadzie swojego plemienia. Niech żyje i pieje kurom na zdrowie. Żegnaj kogucie. Żyj sobie, piej i korzystaj z życia w otoczeniu sympatycznych kur domowych.     

 

     I żegnajcie miasta, miasteczka i osiedla nad rzekami. Dopłynęliśmy pływającym domem do Szczecina, znowu stanęliśmy nad brzegiem kanału, gdzie wył do księżyca zdziczały pies, a może wilk, który lubił spać na naszym pokładzie, ale nie pozwolił się oswoić. Wilka nie było. Znikł. Natomiast przyszedł do pływającego domu dziennikarz z radia Szczecin z magnetofonem. Nagrał opowiadane przygody, zapytał żonę: - czy popłynęłaby jeszcze raz pływającym domem w podróż?

 

     - Nigdy więcej! - Wykrzyknęła. - Raz było i dobrze, ale więcej nie chcę.

 

     Minęły dwa lata poddzierżawienia mieszkania koledze marynarzowi. Już miał własne mieszkanie a my mogliśmy wprowadzić się znowu do zwykłego domu, nieruchomo stojącego w Szczecinie, przy ulicy 3 Maja, blisko Bramy Portowej, centrum Szczecina, w którym nie byliśmy dwa lata.     

 

    Siedząc w swoim dawnym zwyczajnym mieszkaniu, które się nie przesuwało i nie przechylało, zacząłem przeglądać zapisane strony brulionów. Był wieczór. Przyćmione światło nocnej lampki ukazywało odmienny, inny niż na statku, obraz. Już nie było zwisających za oknami zielonych liści. W oknie widać było dach sąsiedniego budynku, nad nim połyskiwały gwiazdy i ćwiartka księżyca. Dzieci spały spokojnym snem, żona krzątała się w mieszkaniu, rozkładając przyniesione bagaże z pływającego domu.    

 

     Od czasu do czasu przerywała zajęcia, podchodziła do mnie i zaglądała do brulionów.

 

    Jeden był dziennikiem pokładowym pływającego domu. Opisane w nim były szczegółowo odcinki podróży, przygody w przechodzeniu przez śluzy i niebezpieczne miejsca, wpadanie w wiry rzeki Wisły, ciekawe spotkania i przygody.

 

     Drugi brulion zawierał szczegółowe opisy choroby popromiennej. Prowadziłem go, aby przekazać ośrodkom naukowym ciekawych skutkom choroby popromiennej po napromieniowaniu mikrofalowym radarem. Starałem się, co kilka tygodni wysyłać obserwacje do Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi.      

 

     Takich długoletnich obserwacji chyba nikt nie prowadził, nie było

o nich słychać. Z pewnością były zastrzeżone dla wojska, i nieujawniane dla służb cywilnych.

 

     Oba bruliony przedstawiały wartość niezwykle cenną. Z pobytu w pływającym domu, z podróżami z hasłem „Pokój dla naszych dzieci” miała powstać duża książka, która miała przynieść dobre honorarium. Nikt przedtem nie wędrował pływającym domem z hasłami pokojowymi, nikt nie wędrował z tak małymi dziećmi. Książka bogata w szczegóły z pewnością będzie ciekawa, popularna i ucząca pokoju.

      Z bogatych obserwacji o chorobie popromiennej miało powstać ostrzeżenie przed groźbą wojny atomowej i jej odczuwalnymi skutkami.

 

     Utrata cennych brulionów byłaby straszną stratą. Należało strzec ich jak najdroższego skarbu, pilnować, aby nikt ich nie zniszczył lub sobie przywłaszczył.

 

     Patrząc na śpiące dzieci, z wygodnie rozłożonymi rączkami, myślałem o przyszłości. Czy pobyt w pływającym domu wpłynie na kształtowanie charakterów, czy będą pamiętać pływający dom?

 

Rozdział 21

 

     Przyszła wiosna, potem następne wiosny rozpoczynające ciepłe lata. Zaczarowana żona z rosnącymi dziewczynkami pozostawała w mieście, ja wędrowałem katamaranem z transparentami na relingach burtowych pokazującymi PACON AL. NIAJ INFANOJ.

 

     W Poznaniu przyjechali do pływającego domu Janek Kaczanowski, szczeciński portowiec, i Wiesław Dyduch z Politechniki szczecińskiej. Wiesław był esperantysta i radioamatorem. Rozwiesił antenę od dachu statku do wysokiego drzewa rosnącego nad brzegiem rzeki Warty, włączył aparaturę, po czym zaczął nawiązywać łączności z radioamatorami w Polsce i zagranicą.

 

     Śpiewające w gałęziach ptaki milkły zaciekawione, słuchając dźwięków dobiegających z radiostacji.  Przez kilka dni Wiesław przeprowadził mnóstwo łączności radiowych z pokładu pływającego domu. Radioamatorzy są łakomi na zdobycie łączności z radiostacjami na pływających statkach lub jachtach.

 

     Potem przyszły inne podróże. W jednej z nich uczestniczyli małżeństwo Himmel: Iza – chemik, wykładowca Politechniki Szczecińskiej, Cezary – kapitan Polskiej Żeglugi Morskiej, przed kilku laty pracowaliśmy razem na statku Noteć.

 

    Niech czytelnik nie myśli, że popromienna choroba uspokoiła się dzięki pobytowi w wodnym, czystym, niezakłóconym chemicznymi wyziewami środowisku. Choroba popromienna ma swoje echa. Odmienne od ech występującej na przykład po zaziębieniu. Zaziębiony człowiek musi uważać, aby być ciepło ubrany, przebywać w ciepłych pomieszczeniach, gdy to zlekceważy, zaraz odczuje na własnej skórze pogarszanie się stanu zdrowia.

 

    U mnie choroba popromienna miała inne echo, niezwykle ciekawe. Gdy otrzymałem niewielką dawkę promieniowania, np. z promieniującego telewizora lub emitującej promieniowanie wiertarki elektrycznej lub spawarki, po niedługim czasie, kilku minut do kilkunastu minut odczuwałem pogorszenie zdrowia, zaniki tętna, brak w płucach powietrza, nawet zachwiania równowagi. Musiałem uważać, aby się nie przewrócić i boleśnie nie potłuc.

 

    Ale gdy lekceważyłem zalecenie lekarzy, aby unikać kontaktu z maszynami, urządzeniami emitującymi promieniowanie elektromagnetyczne i nieopatrznie narażałem się na ich długotrwale na mnie działanie, wtedy echo popromienne odzywało się w moim organizmie z opóźnieniem, ale w wielkimi nasileniu. Im większa była dawka promieniowania, tym później przychodziło echo i z jeszcze większą mocą. Można powiedzieć: odwrotnie.

 

     Tak dwukrotnie zobaczyłem śmierć. Malarze malują Śmierć, jako kościstą, zakrytą chustą, nieprzyjemną zjawę, z kosą gotową do ucięcia głowy. Tak przedstawiana jest na obrazach.

 

     Ja Śmierć widziałem inaczej.  Pływającym domem stanąłem u brzegu niewielkiego miasta i tam mnie złapał atak choroby popromiennej. Przemagając ogarniającą mnie niemoc, z najwyższym wysiłkiem, z wielkim trudem powlokłem, dotarłem do pobliskiego domu, zapukałem do drzwi, a gdy ktoś wyszedł z wnętrza, wybełkotałem, aby wezwano pogotowie ratunkowe i włócząc nogami wróciłem do pływającego domu. Padłem na łóżko, starając się zachować przytomność.

 

     Wkrótce odczułem zachwianie się katamarana pod ciężarem  lekarza.  Wszedł bez pukania. Podszedł do łóżka, przyjrzał mi się uważnie, poczem usiadł na łóżku i ujął moją rękę, aby zbadać puls. Nie wyczuwał pulsu. Moje serce nie tłoczyło krwi w żyły i tętnice. Stwierdził: muszę jechać z nim do szpitala natychmiast, bo wkrótce  umrę.

 

     - Panie doktorze…  -  wydobyłem słaby głos – nie mogę jechać do szpitala. Moje siły mi wrócą. Bardzo proszę dać mi zastrzyk na wzmocnienie. Będzie dobrze.

 

     - Jest pan sam, - odparł lekarz. – Jeżeli nie chce pan jechać ze mną do szpitala, bo woli pan tu umrzeć, to musi pan podpisać dokument odmawiający udania się do szpitala. Jest pan za słaby, żebym za pana odpowiadał, gdy pan tu umrze.

 

     Był to mądry, dobry lekarz. Dał mi zastrzyk, i z troską odjechał. Zostałem sam… W nocy, gdy zapadła głęboka cisza, zobaczyłem stojącą w drzwiach niewyraźną postać kobiecą. Przypatrywała mi się spokojnie. Byłem prawie w agonii. Człowiek umierający przestaje być zainteresowany otaczającym go światem. Obojętnieje, jest bezsilny, nic go nie obchodzi, o niczym nie myśli, podobny jest do nieruszającego się robaka.

 

     Widocznie jeszcze nie czułem, że umieram. Czekałem na rozwój wydarzeń, czy wejdzie do wnętrza, co powie, co zrobi ta kobieta, która stoi w drzwiach?

 

    Stojąca w drzwiach kobieta, rysy miała niewyraźne, patrzyła na mnie długo. Przyglądała mi się długo, a mnie się wydawało, że patrzy na mnie z sympatią. Bardzo chciałem ją zobaczyć, bardzo chciałem rozpoznać jej twarz, ale nie doczekałem się. Kobieta nie weszła do wnętrza. Nie zbliżyła się do mnie. Nieznacznie się poruszyła, kilkakrotnie pokręciła przecząco głową, jakby czytając w moich myślach, odstąpiła od drzwi. I znikła.

 

     Minął rok. Przy drugim, jeszcze silniejszym ataku choroby popromiennej, gdy znowu niebacznie zlekceważyłem zalecenie lekarskie, gdy zacumowawszy pływający dom z daleka od miast, miasteczek osiedli, przyszła nocą ta sama, co przed rokiem kobieta. Poznałem ją. Stanęła w drzwiach. Była wyraźniejsza. Była smukła. Jej twarz była ładna, w ciemności wydawała się piękna. Była sympatyczna, bardzo spokojna.

 

    Nie odczuwałem lęku. Była taka przyjazna, takie od nie płynęło bezpieczeństwo oddalające wszelkie lęki i niepokoje. Była ufnością, pewnością, spokojem.

 

     Jak przed rokiem przyglądała mi się uważnie, z tą uwagą, którą zapamiętałem. Przyglądała mi się długo. Nie chciałem, aby odeszła, aby mnie opuściła. Byłem przecież sam na pustkowiu, w samotnym domu na wodzie, przyczepionym do samotnego oddalonego od ludzi miejsca. Chciałem być z nią, odrzucić samotność, przestać być samotnym, chociaż na chwilę, na krótki choćby moment. Ale kobieta patrząc na mnie, oddalona a tak bliska, jak przed rokiem, znowu kilkakrotnie pokręciła odmownie głową, i znikła… Twarz jej wryła mi się wówczas w pamięć,

 

    Gdy wracałem do Szczecina, zostawiając katamaran, pływający dom zamocowany linami w bezpiecznym miejscu pod opieką przyjaznych ludzi, lubiłem zjadać obiad w barze mlecznym przy ulicy Obrońców Stalingradu.

 

     Był to bar czysty, z jadającymi tam urzędnikami, turystami, bar, którego obsługę znałem od dawna, a nawet byłem z pracującymi tam zaprzyjaźniony. Wchodziło się do baru najpierw do dużego przedsionka, potem do wnętrza, gdzie po lewej stały stoły dla konsumentów, po prawej była długa barierka. Między barierką a przeszkloną kuchnią przesuwali się w kolejce zamawiający potrawy.

Pewnego razu jakiś mężczyzna czekający w kolejce, na otrzymany talerz z potrawą, zniecierpliwił się, chwycił nagromadzone talerze i zaczął rzucać nimi w kucharki.

 

     Byłem obok, chwyciłem go wpół, i trzymałem z nadzieją, że ktoś mi pomoże, albo zastąpi. Ale chętnych nie było. Nikt nie chciał pomóc obezwładnić szaleńca. Był silny, ale ja go chwyciłem z tyłu i tak go trzymając, wywlokłem do przedsionka, skąd po kwadransie zabrała go policja. Po kwadransie!

 

     Teraz w tym barze usiadłem przy stoliku. Każdy stolik miał sześć miejsc. Siedziało tam małżeństwo z trojgiem dzieci. Przyjrzałem się kobiecie. Była bardzo ładną, sympatyczną, młodą kobietą. Jej twarz była niezwykle podobna do twarzy kobiety, która stała w drzwiach mojego pływającego domu, która kręciła przecząco głową na znak, że jeszcze nie. Jeszcze nie umrę. Była tak uderzające podobna, że musiałem, koniecznie musiałem, musiałem poznać to małżeństwo, poznać tę kobietę, która była tak uderzająco podobna do kobiety stojącej w nocy w drzwiach mojego pływającego domu.

 

     Udało mi się z nimi nawiązać rozmowę, zaprzyjaźnić. Ja szybko się zaznajamiam z ludźmi i zaprzyjaźniam. Mieszkali niedaleko Dworca Morskiego, gdzie zawijały statki pasażerskie. Mieli na niedalekiej wyspie małą fermę kur, do której dopływali i zabierali jajka. Zaprosili mnie, abym poznał ich niewielką farmę, lecz odmówiłem i nigdy się więcej z nimi nie spotkałem.  Zaspokoiłem ciekawość. Kobieta była tak uderzająco podobna, była też jak tamta, bardzo spokojna, spokojna w ruchach. Było to niezwykłe podobieństwo.

 

Rozdział 22

 

     Drugi Apel Sztokholmski zastał mnie w Pływającym Domu w lipcu  1975r w drodze do Gdańska. Apel był szeroko przedstawiany w prasie, radio i telewizji. Nawoływał do powszechnego zjednoczenia w obronie zagrożonego pokoju. Zagrożonego przez wyścig zbrojeń. Obawa przed wojną atomową stała się impulsem do podpisywania apelu.   

 

    II Apel  Sztokholmski miął na celu powstrzymanie wyścigu zbrojeń, zjednoczenie wszystkich sił pokoju w staraniach o zakaz użycia wszelkiej broni masowej zagłady, zwołanie światowej konferencji rozbrojeniowej. Apel podpisany został 7 lipca w Warszawie przez Ogólnopolski Komitet Pokoju i Polski Społeczny Komitet Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

 

    W połowie Kanału Bydgoskiego, obok śluzy, zostawiłem dom i pojechałem pociągiem do Warszawy. Postanowiłem pójść do Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, partii rządzącej Polską, i opowiedzieć, że płynę przez Polskę z hasłami pokojowymi. W przyjemnej rozmowie w jakimś sekretariacie powiedziałem, że w mieście są plakaty drugiego Apelu Sztokholmskiego i chcę takie plakaty zabrać na statek. Aby przychodzący do pływającego domu mogli na plakatach składać swoje podpisy.

 

     Ufnie nastrojony i przepełniony aktywnością do pokojowego działania, wyszedłem na ulicę. Zdążałem do siedziby Ogólnopolskiego Komitetu Pokoju. Mieścił się przy ulicy Rajców 10.

 

     Był to willa. Zbudowana celowo, jako podarunek dla Edwarda  Ochaba, wielkiego działacza  społecznego i politycznego. Przed wojną, za uliczne agitacje przeciw kapitalizmowi, pięciokrotnie skazywano go na kary więzienia, po wojnie, już w innym ustroju, został pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR.

 

    Z natury skromny, odmówił przyjęcia domu, z którym nie wiedziano, co zrobić, więc przeznaczono dom na siedzibą OKP.

 

     Pogoda słoneczna towarzyszyła moim krokom. Z ufnością spoglądałem w niewielkie chmurki płynące po niebie Warszawy. Pod nimi przelatywały ptaki niosąc w dzióbkach pożywienie do gniazd, gdzie czekały głodne pisklęta.

 

     Szedłem niespiesznie ulicą, przyjaźnie patrząc na mijanych ludzi. Jedni w pośpiechu dążyli w swoich celach, inni podobnie jak ja, sunęli wolno, rozglądając się wokół. Tych chciałem pozdrawiać, i mówić o Apelu Sztokholmskim, dającym nadzieję pokoju, szczęścia i dobrobytu. Chciałem im mówić: wojny nie będzie!

 

     W takim podniosłym, szczęśliwym i ufnym nastroju dotarłem do willi. Ufny jak dziecko, któremu obiecano zabawkę!

 

     Wysokie, szerokie drzwi z ładną klamką, zdawały się na mnie czekać. Tu będę przyjęty z sympatią. Ja, działacz rzeczywisty dla pokoju, tak długo propagujący pokój, będę w Komitecie Pokojowym przyjęty jak serdeczny przyjaciel.

 

      Podszedłem do klamki, nacisnąłem ją. Klamka się ugięła jak zwykle, lecz drzwi były zamknięte. Co się stało? Czy nikt tu dzisiaj nie pracuje?  Nikogo nie ma w tej willi?

 

     Obszedłem dom wokół. Poniżej było wejście boczne, chyba do kotłowni. Zszedłem w dół po kilku schodach do drzwi, nacisnąłem klamkę, drzwi się otworzyły.

 

     Wszedłem do wnętrza willi i po krótkiej chwili dotarłem do obszernego holu. Tam doszedł do mnie mężczyzna i zadał pytanie: jak pan wszedł i czego pan chce?

 

     To z komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Patii Robotniczej zatelefonował sekretarz, któremu przedstawiałem swoje podróże z hasłami pokojowymi, i ostrzegł przede mną ludzi, którzy tu pracowali, aby mnie nie wpuścili.

 

     Udając, że niczego się nie domyślam, wyłuszczyłem powody przyjścia.

 

     - Potrzebuję plakatów Apelu, powiedziałem - aby na plakatach mogli podpisywać się ludzie, których spotkam w drodze, płynąc z pokojowym hasłem Pokój da naszych dzieci.

 

     Niechętnie dał mi kilka plakatów, otworzył główne drzwi dla mnie przedtem zamknięte, wypuścił z budynku. Wyszedłem z plakatami pod pachą na ulicę.

 

     Jeszcze tego samego dnia dotarłem do pływającego domu, odczepiłem liny, ruszyłem w dalszą drogę.

 

     Gdzie stanąłem na postój, zapraszałem wszystkich do wnętrza, pokazywałem afisz, zapraszałem do składania podpisu. Podpisów przybywało. Ludzie chętnie podpisywali się na afiszu. Wkrótce był gęsto zapisany jeden afisz, potem zaczął zapełniać się drugi. 

 

     W Gdańsku miał być Jarmark Dominikański, szeroko znany i sławny, do niego chciałem dotrzeć. Tam przedstawić dom z transparentami.

 

     Przed Gdańskiem przegrodził mi drogę most pontonowy. Uczepiłem pływający dom do brzegu, czekając okazji.  Czekałem długo. Dopiero w nocy zauważyłem, że w kierunku mostu płynie niewielki holownik rzeczny. Noc była jak atrament, brzegi czerniały niewidoczne, noc była bezksiężycowa, pokryta chmurami. Jedynymi światłami były lampy nawigacyjne holownika i lampy na moście wskazujące, gdzie będzie otwierać się przejście.

 

     W ciemności ściany domu były niewidoczne Nie zapalając świateł,

jak lis dążący do kurnika niepostrzeżenie ruszyłem domem za holownikiem.

 

     Przez otwarte przejście przepłynął holownik a ja tuż za nim, niewidoczny w mrokach nocy. Przeniknąłem przez otwarte przejście i po paru kilometrach podprowadziłem dom ostrożnie do brzegu rzeki, aby się wyspać i czekać rana, żeby dotrzeć do samego serca miasta, gdzie miał być Jarmark.

 

     Jarmark Dominikański ściągał mnóstwo ludzi. Nabrzeże, przy którym zacumowałem, było dobrą okazją dla spotkania ludzi. Radosna atmosfera wielkiego pikniku cieszyła słońcem, ciepłem, wspólną radością odpoczynku i rozrywki. Kłębili się tu mieszkańcy Gdańska, tubylcy i turyści z Polski i zagraniczni.  Starannie umocowałem liny z dziobu i rufy na polerach, oraz szpringi, aby uchronić statek przed przesuwaniem się w przód i w tył.

 

     Postawiłem dom w widocznym dla tłumu miejscu.  Niech wszyscy czytają transparenty Pacon Al Niaj Infanoj - Pokój dla Naszych Dzieci. 

 

     Ukryty wewnątrz, osłonięty firanką, patrzyłem przez okno na spacerujących odświętnie ubranych ludzi. Czytali napisy! Niech wnika w nich jak najszerzej i najgłębiej idea pokoju! Niech czytają!

 

     Po kwadransie przyszedł jakiś człowiek. Postał chwilę na nabrzeżu, jakby czekając abym wyszedł z wnętrza, ale nie doczekawszy się, wszedł na pokład i zapukał do drzwi. Przekazał polecenie kapitana portu, abym jak najprędzej opuścił Gdańsk.

 

     Kto jest kapitanem portu i dlaczego nakazuje mi odpłynąć z Gdańska? - spytałem.

 

     Kapitanem portu jest pan Pszenny, nakazuje jak najszybsze odpłynięcie. Musi pan odpłynąć. To jest nakaz! - powiedział i odszedł.

 

     Wrócił po kwadransie. Kategorycznym tonem nakazał odpłyniecie. A ja znów nie posłuchałem. Nie odpłynąłem… Dlaczego mam porzucić miejsce tak dobre dla kontaktu z ludźmi? Kto kazał kapitanowi portu wyrzucić mnie z dobrego widocznego miejsca?  Przecież nikomu nie przeszkadzam... Dom stoi przyczepiony linami, ruchu statków nie ma. Jest bezpiecznie. Ludzie podchodzą, czytają transparenty? Komu to przeszkadza?

 

     Zacząłem przygotowania do obiadu. Usiadłem z wiaderkiem kartofli do obierania, gdy domem wstrząsnął silny prąd wody.

 

     Wyjrzałem przez przednie okno, to cicho i niepostrzeżenie podpłynął do nabrzeża niewielki okręt wojenny. Nawet nie zrobił najmniejszej bruzdy fali. Pomalowany na szary kolor, jakie mają wojenne okręty, aby z dali nie odróżniać się od szarego morza, zbudowany do walki i zniszczenia, zadawania śmierci. Różnił się barwą od pływającego domu, noszącego barwy żółtego słońca, radości i optymizmu.

 

     Okręt usadowił się zaledwie dziesięć metrów przed pływającym domem, przymocował silnie linami do polerów nabrzeża, i puścił w pełny ruch swoje silniki. Pełną mocą! Za jego rufą utworzył się gwałtowny wir wodny skierowany na pływający dom.

 

     Dom zaczął się gwałtownie szarpać i kołysać. Wszystko wewnątrz stało się nagle ruchome jak w prawdziwym sztormie. Talerze i miski zaczęły podskakiwać, spadać na podłogę. Kruchy dom stał się niepewnym schronieniem w nawale pędzącej od okrętu, jak z wodospadu, skłębionej, zbałwanionej wody. Drżał i szarpał się jak liść poddany wielkiej burzy, usiłującej oderwać go od rodzimej gałęzi.

 

     Zrozumiałem! Nie usłuchałem polecenia kapitana portu… Posłużono się bardzo prostym argumentem: stworzenia mi takich warunków, abym musiał Gdańsk opuścić.

 

     Szarpanie domem na chwilę ustało. Wybiegłem do polerów, w pędzie zrzuciłem z nich liny i wbiegłem na pokład.  Dom pchany wirami wodnymi, naporem wody wyrzucanej przez śruby wojennego okrętu, został gwałtownie wypchnięty z obszaru ludzkich spojrzeń. Tak, tak! To moje propagandowe nawoływanie o pokój dla naszych dzieci dozwolone było w pobliżu niewielkich miast, miasteczek i wiosek a zabronione było dla spojrzeń większych skupisk ludzi. Musiałem opuścić Gdańsk.

 

     Czułem się jak niepotrzebny człowiek. No, trudno, dla jednych niepotrzebny, dla drugich potrzebny.

 

      Zawróciłem. Znowu płynąłem kanałem bydgoskim łączącym Wisłę z Odrą, wpływałem i wypływałem z licznych śluz, aby  dotrzeć na postój w niewielkim  Drezdenku.

 

      Drezdenko, malowniczo rozpostarte nad rzeką Noteć, płynącą spokojnym nurtem. Od razu miasto wydało mi się różne od dotąd spotykanych. W łagodnym świetle letniego poranka domy sprawiały niezwykle sympatyczne wrażenie. Ulice miasteczka były czyste, zadbane. Przed niewielkimi domami ogródki szalały obfitością różnokolorowych kwiatów i zadbanych trawników.

 

     Było to dla mnie tak niezwykłe, że po śniadaniu, po dokładnym sprawdzeniu zacumowania pływającego domu, poszedłem odwiedzić miejscowego księdza proboszcza. Chciałem u niego zasięgnąć języka, dowiedzieć się, co tak wpłynęło na mieszkańców Drezdenka, że swoje miasto uczynili innym od miasteczek, jakie spotykałem podróżując rzekami po kraju.

 

     Ksiądz w starszym już wieku, spokojny, lecz w ruchach żwawy, odpowiedział:

 

     -  My tuj żyjemy spokojnie. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Żyjemy spokojnie, nie ma u nas wielkich konfliktów, kłótni. Może dlatego nasze Drezdenko takie na panu sprawiło wrażenie.

 

     - Ale musi być jakiś czynnik, który sprawia, że rodzina, o której ksiądz twierdzi, że jest zgodną,  że ludzie żyją tu spokojnie, bez konfliktów, jakie są często w społecznościach miejskich lub wiejskich. Czy ludzie tutejsi nie kłócą się ze sobą?

 

     - Żyjemy – odpowiedział proboszcz – jak rodzina. Kościół jest wspomagany datkami wiernych, w remoncie kościoła pomogła organizacja partyjna PZPR, pomagali wszyscy. Czujemy się w Drezdenku jedną spokojną rodziną.

 

     Zaciekawiło mnie to. Poszedłem do biura tej organizacji Nie było odległe od kościoła, miasteczko było niewielkie, mieszkańców miało około pięć tysięcy.

 

     Na ścianie domu widniał napis: KOMITEJ MIEJSKI Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.  Partia ta rządziła w Polsce. Jej sekretarze w dużych i małych miastach sprawowali ważną funkcję kierowniczą.  Decydowali o wszystkim. Nadzorowali pracę urzędników miejskich, pracę milicji, porządek na ulicach, bezpieczeństwo publiczne. Nadzorowali wszystko.  Często przychodzili do komitetów ludzie ze swoimi prywatnymi problemami. Wtedy urzędujący w komitecie podnosił słuchawkę telefonu, wykręcał numer i mówił do słuchawki: - tu komitet, przyszedł do nas taki i taki, mówi, że nie dostał premii za pracę, załatwcie to.

 

     Odkładał słuchawkę na widełki, mówił do swego klienta: - już macie załatwione, towarzyszu…  A przybysz nie był nawet członkiem tej partii, ale do wszystkich w komitecie się zwracano: towarzyszu.

 

     W komitecie sekretarzowi Komitetu przedstawiłem się, jako podróżujący po polskich rzekach z hasłami pokojowymi. 

 

     Zapytałem: - jak to się dzieje, że Drezdenko tak się różni od innych.

 

     Sekretarz partii odpowiedział podobnie jak proboszcz: - wszyscy sobie pomagamy.  Miasto jest niewielkie, wszyscy się dobrze znają, pomagamy sobie wzajemnie.

 

     - A ksiądz proboszcz?    spytałem.

 

     - Ksiądz proboszcz też nam pomaga. Z ambony na kazaniach wspomaga nasze starania. Gdy ogłaszamy jakiś konkurs służący miejscowemu społeczeństwu, ksiądz proboszcz z ambony do tego zachęca. Dlatego tę zgodność, tę współpracę widać.

 

     Dowiedziałem się później, że Drezdenko otrzymało tytuł Mistrza Gospodarności.

 

     Powróciwszy do pływającego domu, wożącego na burtach transparenty wołające o pokój dla naszych dzieci, miałem o czym rozmyślać. Gdyby tak wszędzie w polskich miastach, miasteczkach, osiedlach, żyli w tak dobrej, przyjemnej współpracy, bez kłótni, pomagający sobie nawzajem, jak w tym wzorowym miasteczku, to w Polsce byłaby sielanka.       

 

     A gdyby tak w całym świecie?  Świecie bez kłótni, bez wojen? Tak, to jest możliwe, to można osiągnąć, ale wymaga wielkiej pracy… Podróże pływającym domem nie wystarczą, to musi być zgodny wieki wysiłek narodów. Trudna sprawa, ale możliwa do zrobienia. 

 

*  * *

     Przed pięcioma laty, kiedy mały chłopiec Jarek Bartnik dokonał chrztu pływającego domu rozbijał jajko o górujący nad nim kadłub katamarana, powiedziałem wtedy cicho, nadaję ci imię: Prawda i Pokój. Potem pływający dom został spuszczony na wodę. Obiecałem w duchu, że przez pięć lat będę tym domem pływał i szerzył ideę pokoju. Przecież nadałem domowi imię Prawda i Pokój.

 

     Minęło pięć lat wędrowania po polskich rzekach, niezliczonych miejsc postoju, gdzie widziano i omawiano treści transparentów o pokoju dla naszych dzieci, gdzie napotykałem serdeczne odzewy ludzkich serc, pomoc i zawiązywałem niezliczone przyjaźnie. Po pięciu latach wędrówki postanowiłem przekazać pływający dom harcerzom. W Harcerskim Ośrodku Morskiem w Szczecinie, podpisaliśmy uroczystą umowę przekazania katamarana, pływającego domu.

 

     Umowa stanowiła, że daję katamaran harcerzom za darmo, ale pod warunkiem: że będą pływać po rzekach polskich, spotykać się z mieszkańcami nadrzecznych miast, miasteczek i osiedli, wygłaszać prelekcje, że będą pisać reportaże do gazet i polskiego radio, redakcji esperanckiej, że będą dbać o podarowany im statek.

 

     Z Harcerskiego Ośrodka Morskiego, w skrócie nazywanym HOM-em, pojechał ze mną do Gorzowa, do Pływającego Domu, etatowy harcerz Cezary Bamber,

 

     Dom czekał na lewym brzegu Warty.

 

     Bardzo trudno było się z nim rozstać. Pięć lat był domem przyjaznym, ciepłym w mroźnych zimach, chłodnym w czasie niemiłosiernych upałów.

 

     Patrzyłem na rozwieszone na ścianie przedmioty pozostawione przez odwiedzających: obrazki, afisze. Pamiątki. Te od dzieci wzruszały.

 

     Były lalki, z gumowymi głowami, lalki z głowami z materiału, były bez nogi albo z jednym okiem, chorągiewki, zabaweczki, skarby dziecięce, dawane z całego żarliwego serduszka. To właśnie dla nich trzeba robić pokój, robić pokój dla naszych dzieci.

 

     Pogładziłem ściany dłonią, jakbym chciał na zawsze zapamiętać ich ciepło, barwę i kształt.

 

     Przekazałem harcerzowi klucze od drzwi bocznych i rufowych, z niechęcia zeszedłem z katamarana na ląd.  Żegnaj! Żegnaj pięć lat wspólnego przebywania. Dziękuję Ci katamaranie za wspólne przebyte dni. Dziękuję, że przez 5 lat wierni mi służyłeś. Dziękuję, że pomogłeś przezwyciężać straszne skutki choroby popromiennej. Żegnaj Pływający Domu!

 

     To dzięki tobie wychodziły krótkie reportaże do Polskiego Radia w Warszawie. Tam pracowicie tłumaczył na międzynarodowy język Esperanto Andrzej Pettyn. To dzięki Polskiemu Radiu, redakcji esperanckiej, informacje o pokojowej podróży Pływającego Domu trafiały do gazet na świecie, to dzięki informacjom Polskiego Radia kierowane na cały świat, prezydent USA Gerald Ford na konferencji pokojowej w Helsinkach w 1975 roku oznajmił szeroko: „musimy budować pokój dla naszych dzieci!”. Te słowa na wspólnej konferencji 35 państw rozpoczęły etap odprężenia wojennego. Tam podpisano wspólną deklarację pokojową 1 sierpnia 1975 roku. Tam oddalono groźbę wojny atomowej, powszechnego skażenia promieniowaniem ludzi, zwierząt i przyrody.

 

Koniec tomu Groźne promienie.